sobota, 31 marca 2018

wiersze najbardziej dla siebie, czyli taka to kreacja co się kryguje

Tytuł odczytywany całkiem, prawdopodobnie, słusznie zupełnie wprost - "Wiersze dla kolegów", bo prawie wszystkie kolegom dedykowane, prawie wszystkie środowiskowe, intertekstualne, metatekstowe. Albo odczytywany jak hipertekst, bo przecież oczywista lista antenatów. Bo przecież taki Foks (nie przegap, że wydawca!) i "Wiersze o fryzjerach". Przecież, narzucający właściwie swą oczywistość Brulion.

Tytuł jak wędka, która zawsze łapie i jednocześnie jak pozorny strzał w stopę. Pozorny, bo przecież świadomy i z premedytacją, więc zmiatający wszystkich malkontentów i maruderów. Chwyt znany od lat: nie możesz obśmiać we mnie tego, z czego sam ironizuję. I od lat skuteczny.

Podobnie zresztą traktuje poeta "klasyczne ornamenty" swojej poezji - o ile wolno mówić w ten sposób o autorze zaledwie trzech nieprzesadnie opasłych książek (i arkusza!) Autoironicznie obśmiewa użycie boga/Boga i orgazmów/seksu, wytrącając tym samym broń krytyce.
Można to oczywiście chwalić. W kategoriach gry z odbiorcą, zwłaszcza w dobie poetyckich pamiętniczków i quasi-pamiętniczków wygląda to przecież ciekawie i zawsze wypada świeżo, nawet jeśli takie nie jest. Nie ujmuje to jednak nic z asekuracji. Samoświadomość  i korzystanie z jej darów bywa wszak częściej, zarówno w literaturze, jak i w życiu, drogą do asekuracji niż całkowitej wolności.

Autor od debiutu eksploruje ścieżkę, że się tak wyrażę na potrzeby chwili,  wieloznacznej potoczności i piętrowych aluzji. Prowadzi czytelnika prawie że na smyczy języka, udając niewinne i zupełnie naturalne opowieści. Od początku próbuje zamazać granicę między brakiem, a nadmiarem punktów odniesienia, co przecież w efekcie sprowadza się do tego samego. Od początku otwiera możliwie wiele interpretacyjnych ścieżek, sugerując delikatnie (tak się przynajmniej niżej podpisanej wydaje), że za wiodącą należy obrać tę oznakowaną macho, jednocześnie stawiając tyle bramek i lusterek, żeby nie było nawet cienia szansy, by stwierdzić, że to ta właściwa (podobną technikę stosuje, zwłaszcza w "Latakii" i "Nadjeżdża" Szymon Słomczyński, a momentami w niektórych wierszach Bohdan Zadura). Wreszcie: od początku nawiązaniami "wysokimi" [Biblia, czy inne teksty kultury] pozornie zasłania to, co jawi się (i jaskrawi dla wprawnego oka) jako ważniejsze, a cytaty i kryptocytaty miesza z wyznaniami i wątkami autobiograficznymi.
Ale marzy mi się jednak odrzucenie tego całego środowiskowego bagienka. Czy naprawdę ta śmieszna postmoderna ma się sprowadzać do tego, że muszę znać wszystkich z nazwiska i z wierszy? Ten wąż już dawno zjadł swój ogon i ile ta szopka może jeszcze trwać?

Nie o to chodzi, co wiesz, ale kogo znasz" to fraza reklamująca portal Linkedin. Czy koniecznie trzeba to sobie przenosić do książek, okopując podmiot w środowisku tak bardzo, że nie widać już prawie (!!!)  nic poza tym? Czy na pewno takie rozrachunki z odbiorcą są konieczne? Nakierowanie na wyłapywanie echa poprzedników to chyba nie do końca najlepsze podejście jako pierwszy kontakt. Nie lepiej poszukiwać kontekstów, kiedy zbadamy dany utwór autonomicznie? Oczywiście, że nie pozbędziemy się bagażu (lekturowych doświadczeń), ale czyż amnezja lub zwyczajne otępienie nie bywają odświeżające i nie otwierają nowych, nierzadko lepszych/ciekawszych dróg?

John Berrymann powiedział kiedyś, że przestał recenzować młodoliterackie tomiki, bo wszystkich zna nie tylko z wierszy i z nazwiska, ale po prostu z większością albo się przyjaźni, albo zwyczajnie pił, a recenzowanie kolegów jest jednak nieuczciwe. A cytować i wysuwać aluzje? Okopywać się w znajomych - to lepiej?
To nie konteksty robią wierszom dobrą robotę. To te wiersze same sobie robią dobrze poprzez konteksty.  Przecież te wszystkie sztuczki i gry są same sobie i dla własnej satysfakcji,nikogo i niczego nie potrzebując. No, jeszcze oczywiście kilku(nastu) kolegom, bo przecież zawsze miło jest dostać dedyk, prawda? Innym wysyłają pstryczka, grają na nosie. Nawet jeśli lub właśnie zwłaszcza dlatego, że te pstryczki udają, pod nimi chowają jakieś tam ważne treści i wiadomości.

Gawin od lat buduje kreacje swojego podmiotu i swojego języka na przewrotności. Tym razem zabrakło mu jednak wywrotowości. Siły sprawczej w frazach, o których nie wiesz już, czy są ([między]literacką? czystą - szczerą?) kpiną, czy jednak wyznaniem (przyznaniem się - do czego? kogo?).
Niby to nie wiemy, czy wersy:

Tyle że na haczyk już się dałaś złapać,
teraz tylko cię rozpieszczam
różnymi przynętami.
[Odwilż styczniowa]

są autorecenzją, czy jednak erotykiem. Niby. Bo to wszystko jednak bezpieczne. Wykonceptowane. Trochę jak trasa auta głowy państwa, która to głowa ma zobaczyć "prawdziwy lud". Lud, którego uczy się wcześniej formuły powitań.
Najbardziej to irytuje bodaj w grach z brzmieniem. Wszystkie aliteracje, echolalie itd, są tak starannie dobrane i rozrysowane, żeby zawsze brzmiały naturalnie i swobodnie. Właśnie dlatego nie brzmią. Ta konwencja podawania na tacy konwencji zaczyna jednak męczyć, bo ileż razy można podważać system w ramach działań wewnątrzystemowych?

Mimo całej feerii narracyjnych zwrotów, brakuje mi w tej książce ruchu, mocy, siły.
To jest wszystko ładnie ułożone, dobrze zbudowane, a jednocześnie (pozornie!) złośliwe, (auto)ironiczne w taki inteligencki sposób, że aż momentami ma się wrażenie, że ktoś tu odmówił czytelnikowi polotu, przelatując [się z nim/go] (sic!) w najłatwiejszy z możliwych sposobów.

Oczywiście, że powyższe odczytanie jest najprostszym i najbanalniejszym z możliwych. Oczywiście, że możne je podsumować jak bezowocne poszukiwania [przed tym też się autor asekuruje! s.54] Skoro tak się rzuca w oczy i przykrywa, to pewnie nie jest tym właściwym (o ile, oczywiście, możemy mówić o właściwym w nieakademickim odczycie literatury). Okej, humor, riposty na rzeczywistość i jej pomstowanie. Ale odrzućmy te wszystkie ozdobniki, jak odrzucamy kolegów. Zostawmy zatem WIERSZE.
Można zdania podmiotu brać zupełnie serio, a przesterowane zgłoski nie jak gry literackie, ale jako swoistą erratę do świata. Oczywiście. Tym smutniej jednak, bo wtedy okazuje się, że ten podmiot niewiele nam mówi ponadto, co sami wiemy: kreuje się na, paradoksalnie, nieco melancholijnego hedonistę, co to z niejednego pieca chleb jadł. Tym smutniej, bo po odrzuceniu "śniegu" (kontekstów i konceptów),  chodnik dalej jest zapyziały - zostaje nam boleśnie niewiele. Ten na poły ironiczny, na poły szczery (ale nie ateistyczny,  jeśli już w tę stronę, to raczej agnostyczny) brak Boga, te opowieści o ludziach, którzy robią wszystko tak samo i po kolei [s.13]. Albo opowiadać o problemach w drugiej osobie, bo nie patrzysz wyżej [s.23], metafizyka kontaktów fizycznych, świadomość własnej niemoty i niemocy słów. Odczyt taki zatem praktycznie nic by nie zmienił. Jeśli założymy, że pod maską cytatów i kryptocytatów, osoba mówiąca (nie autor!) mówi wprost i do kości szczerze, nie wiem, czy chce tego słuchać. Z całym szacunkiem do podmiotu, oczywiście.

Co zostaje zatem po odrapaniu z prowokacji? Chęć... prowokacji. Prowokowanie i prowadzenie do dyskusji, niezgody. Najciekawszym, co sobie wyczytuje z tych tekstów jest świadomość, jak bardzo nudne i ograniczające jest wszelkie poplecznictwo i przytakiwanie i że to niezgoda i dyskusja prowadzą do prawdziwych konkretów ["Mięśnie Hegla", s. 29, czy "Jedzmy, nikt nie szczeka", s. 68]. Problem jedynie w tym, że potencjał pozostaje potencjałem i nie przeradza się w żadną energię kinetyczną. Wierzyć więc na słowo rzucone jak kość psu? Tfu! Nie, dziękuję. Brakuje mi w tym wszystkim jednak konkretu, odwagi. Wyjścia poza narcyzm podmiotu: słuchajcie mnie, bo mam do powiedzenia, że chcę być wysłuchany. Nie, Dziękuję, już i tak 99% lirycznych osobistości (i osobliwości) serwuje podobnie. Naczytałam się.
Zamiast czytać, że jest, wolałabym dostrzec, jak(i) jest. Bardzo chciałabym się wciągnąć w maszynę jego świata. Tymczasem mam dziwne wrażenie, że wciągam się w świat, który mówi językami blogów i Pudelków (że się podeprę wierszem T. Dalasińskiego) i nawet nie dlatego, że to jest jego język, nie dlatego, że przed czymś się buntuje, z czymś wadzi, ale po prostu dlatego, że koniecznie chce coś powiedzieć w taki sposób, żeby być (wy)słuchanym, ale koniecznie jeszcze wie, o czym będzie to przemówienie. Wszystko się tu teoretycznie zgadza, powinno dzia ale jakoś nie gada, no cholera, nie gada. Może zagadane przez formę - formalinę z formułami języka, który nie umarł, bo się nie narodził?

Już ewidentnie najsłabiej wypada pseudo-w typie-Zadury miniatura "Marcin Świetlicki spotyka konfesjonał". Wciskanie aborcji i niepłodności zawsze spoko? Niestety nie. Postawy typu: o, modny temat - wypowiem się, to będzie jeszcze bardziej chwytliwe, tylko koniecznie muszę w takim tonie, żeby było niby obrazoburczo, ale żeby wszyscy się zgadzali.
U Zadury to wciąż częściej się udaje, niż nie udaje, ale tutaj mamy błyskotki zamiast błyskotliwości. Szkoda.

Podczas jakiegoś literackiego spendu młody, powiedzmy, aspirujący i wyczulony językowo poeta czytał wiersz. Wszyscy wokół - cała widownia - biliśmy brawo. Po czym wyszliśmy, nie pamiętając kompletnie, o czym ten utwór w ogóle był i po co.
Z nową książką autora "Wycieczek" osobistych dzieje się podobnie. Nie ma większej różnicy, za którym odczytem się podąży.  I to jest właśnie największa szkoda. Coś tu chyba jednak nie powinno tak być.

Albo inaczej. Jeśli wiersz jest kobietą, to "Wiersze o kolegach" poubierały się w tony swetrów. Za wiele warstw zniekształca, a nie podkreśla. Tworzy pancerz i w efekcie mało komu chce się zastanawiać, co pod spodem. Nawet jeśli te warstwy są starannie poukładane.
Może w tym wypadku zbyt starannie? Może efektowność, żeby nie powiedzieć: efekciarstwo, znów pokonało efektywność. Szkoda.

Albo jeszcze inaczej: bywa, że skupiamy się za bardzo na tym, co powstaje ze skojarzenia z tekstami, które czytamy. I z drugiej strony: skupiamy się za bardzo na tym, co powstaje ze skojarzenia z tekstem, który piszemy.

Piotr Gajda nazywa tę książkę bulwersującą (o tutaj można sobie kliknąć).  Mnie szczególnie bulwersuje, że autor "Wycieczek osobistych" poszedł jednak na łatwiznę. Przejęzyczenia i przesterowania są tutaj jedynie, inteligentnymi przyznajmy, powtarzanym i wyreżyserowanym puszczaniem oka, które sili się na naturalność i swobodę. Owszem, "Wiersze dla kolegów" są oczywistym dowodem talentu łódzkiego twórcy (o ile, rzecz jasna, założymy, że talent w ogóle istnieje), ale dla mnie to za mało.

"Wiersze dla kolegów" to dowód talentu, intelektu, słuchu językowego, samoświadomości autora (pod względem literackim i każdym innym). A przy tym wszystkim świadectwo zmarnowania tego wszystkiego. Samozachwyt i efekciarstwo. Autor udowodnił, że umie już praktycznie wszystko w obrębie wiersza współczesnego i że niewątpliwie sprawiają mu te wiersze frajdę. Szkoda tylko, że ta przyjemność jakoś mi się tym razem nie udziela.

Czyżby  literackie złote dziecko powiedzenia: "zdolny, ale mu się nie chce"? Wie już jak pisać, żeby zawsze było dobrze, chwytliwie, sprawnie. Szkoda tylko, że tym razem nie zostaje z tego nic ważnego dla czytelnika, który zmęczony jest już tymi komunałami, że wszystko jest kontekstowe.W tej książce dzieje się tak dużo, że już nic mnie nie porywa, nic nie wciąga i nic nie zastanawia, choć nie czuję przecież ani przeładowania narracją, ani przemęczenia formą, bo jak można zmęczyć się czymś na wskroś optymalnym i bezpiecznym podanym razy czterdzieści cztery, co udaje hologram diabelskiego młynu, ale zawsze tylko hologram i zawsze tylko udaje?

Mocniej, Rafał. Głębiej. Śmielej. Nie śmiej się. Uśmierz sobie. Bo usnę zanim uśniesz.





niedziela, 25 marca 2018

Co jest w człowieku dobre?

To kpina, że każda poezja jest zaangażowana. Nawet jeśli piewcy wierszy politycznych [lub jak wolą niektórzy: historycznych, społecznych] sprzedają ten frazes jako prawdę objawioną. Taka modna teraz (i zawsze, od wieków i na wieku wieków - niestety) poezja polityczna jest tylko pozornie zaangażowana. Lub też: próbuje być zaangażowana, to zaangażowanie pozoruje, pozuje na nie.
 To niestety, jak wiemy, nie takie proste. Powody są, jak zwykle, banalne i rozrzucone po obu stronach barykady. Ile już było branżowych żartów, o tym piszących czytają sami piszący i to tylko wtedy, kiedy liczą na wspólną picie lub łóżko (co najmniej recenzję w kwartalniku albo wspólne czytanie na jakiejś imprezie)? Pewnie tak samo dużo, jak szeroki jest zalew tekstami, które po prostu nie mają żadnego rozrusznika, więc nie mogą w nikogo wjechać.
Prawdziwie, realnie, wymiernie zaangażowana literatura, bo przecież nie tylko poezja,  to taka, która angażuje kogoś poza samym autorem, jego rodzicami i ewentualni redaktorem tomu. Prawdziwie zaangażowana literatura to nie taka, która wtrynia nos w kwestie aktualnie ważkie na zasadzie: "modne/chwytliwe, to się wypowiem". To nie taka, która swoją rolę sprowadza do obrazoburczości albo agitki za partią/formacją/frakcją (nie)rządzącą. 
Łatwo powiedzieć: wszystko jest polityczne, a wszystko, co polityczne, jest zaangażowane. Łatwo powiedzieć, że Zenek czy inna Zosia jasno staje po jakiejś stronie, a przynajmniej coś tam gdzieś tam sugeruje, więc jej twórczość z całą pewnością jest zaangażowana. Wpiszmy zatem Zenka i Zosię w nurt, będziemy wtedy mieli o czym pisać. I gdzieś w takiej optyce stoi nowa książka poetycka Ilony Witkowskiej.
Więc łatka-pułapka. Bezpieczna chatka, bo ha!art, bo prowokacja w tytule zbioru. A przede wszystkim: bo wegetarianka, bo aktywistka, bo  ze środowiska lewicowego, więc łatwe: Ilona Witkowska pisze wiersze zaangażowane i na tym najlepiej skończmy wszelkie recenzje. No, jeszcze może dodajmy, że krótkie i że wygrała Silesiusa za debiut, więc to jest ta wreszcie oficjalnie klepnięta poezja. Do tego miała tego głośnego męża i jeszcze głośniejsze, publiczne afery z jego udziałem. To na pewno pomoże w analizie i interpretacji nowego tomu. Tak, z pewnością [święty sarkazm!].
Ale nie. Zaangażowana nie [tylko] politycznie czy ideowo. Przede wszystkim zaangażowana egzystencjalnie, co wypunktował już Dawid Kujawa. Metafizyka i egzystencjalizm, nawet jeśli ubrany w szatki postmodernistycznych narzędzi.
Krótkie formy idealnie wpasowują się w problematykę. Witkowska opisuje rzeczy małe, codzienne, pozornie zwykłe. Sama mówi, że wzrusza ją "pani Bożenka", która nie umie napisać pisma do urzędu.
S. Hawking mawiał, że życie byłoby tragiczne, gdyby nie fakt, że jest zabawne. Ilona wydaje się mówić: życie byłoby beznadziejnie i nijakie, gdyby nie było poruszające  i dotkliwe. Świat, w którym „Lucyfer zwycięża” nie ma jednego, nawet kolektywnego podmiotu. To zapis z kamery, której ktoś zapomniał wyłączyć po ważnym nagraniu – wywiadzie dla telewizji, czy filmiku promującym nową partię rządzącą lub inauguracja kolejnej galerii handlowej. 
Zapis rzeczy, których nikt nie chciałby nawet nagrywać, bo są słabe, błahe i nawet podrasowane niczego nie osiągną na międzynarodowym rynku. Zapis tragedii, której nie tylko nie da się uniknąć, co nawet trudno zauważyć. Życie tych bohaterów nie jest przecież tragiczne, leżą, pozornie bezpiecznie u sutka wielkiej niedźwiedzicy [ustawa o bestiach, 33]. Nie wiedzą, że są nagrywani, więc mówią o sprawach, o których przecież nie ma po co mówić głośno. Przecież „to jest w każdym domu”, „przecież nie ma się o co oburzać”. Na przykład tak:
nie mogłem spać w nocy, więc wstałem,
zjadłem ziemniaki z cebulą,
a później pieściłem twoje piersi i łono.
rozłożyłaś nóżki jak piesek;

bardzo cię kocham.

nie czuję się wygrana,
czuję się oszukana.

nie czuję się wygrana,
czuję się oszukana.

[psychodeliczna papużka]
Ich wspólnotą jest brak wspólnoty, a wyróżnikiem brak przebojowości, chociaż nie mówimy to teoretycznie o żadnych wykluczeniach. Nawet ich „cmentarze są zawsze czyste i zadbane” [głupi i jebnięty – takich nienawidzę, s. 14].
 Autorka nie podejmuje, przynajmniej nie wprost, co ostatnio takie modne, tematów jak aborcja, uchodźcy. I bardzo dobrze!  Witkowska nie musi schodzić do takich sztuczek, by działać i angażować. Choć już na przykład wpada w sidła pewnego manieryzmu, wymieniając kataklizmy polskie: biedronki, chwilówki [jemy granaty, s. 14]. O wiele ciekawiej i celniej wybrzmiewają w tym tomie rejestry bardziej liryczne. Jak na przykład tutaj:

kiedy spędzasz większość czasu trzy lata świetlne od siebie
albo gubisz w sobie, to co masz?
chuja masz.

a chciałabyś, oczywiście, wszystko.
więc usuwasz się, bo po twojej twarzy
widać.

[odkryto czarną dziurę, która zjadła już
17 miliardów słońc, 13]

Autorka zatem nie stoi po stronie żadnej słuszności, z nikogo nie robi tyle popularnej ostatnio, co i nudnej, beki. Nikogo nie nawraca. Nie niesie transparentu jedynie słusznej prawdy. Przedstawia obraz smutny i duszny, ale bez epatowania śmiercią, buntem, biedą, aborcją, czy nośnymi cytatami. W świecie tego tomu Lucyfer zwycięża faktycznie – poprzez codzienne, drobne, pozornie niewinne sytuacje. Dlatego zwycięża naprawdę, bo trudno jest przecież walczyć z czymś, czego nie widać, a niszczy, zabiera spokój, pozostawiając jedynie poczucie oszukania i bezradność.
 Jednym razem komendant obozu lubi kwiatki i zwierzęta. Ale przecież jesteś w tym obozie, hej, tu się umiera. I ma się ogromne szczęście, jeśli umiera od kulki w głowę. Zwykle jednak jest to śmierć powolna, niezauważalna. Z wycieczenia, z bezsilności. Poprzedzona całkowitą utratą konstytutywnych dla siebie spraw i praw. Ale przecież komendant lubi kwiatki i zwierzęta. Nie jest taki zły, w zasadzie to jest nawet miły i uśmiechnięty.
Kiedy indziej ta bezradność, niemożność wpływania na rzeczy ważne, prowadzi do jakże zgubnego wniosku, że skoro jest źle, to może powinniśmy się już całkiem zamknąć w sobie, zatopić w „czarnej kropli nieskończoności”.  A potem otrzeźwienie, że przecież to nic nie da. Że to larum byłoby puste i zbędne. Jak tutaj:
[…]
my tu się śmiejemy, oni tam umierają.

więc co? mamy się nie śmiać?
kiedy się nie śmiejemy, to też umierają.

[kółko graniaste]

Aż chciałoby się powiedzieć: wreszcie jakieś rozsądne, świeże spojrzenie!
 Czasem jednak, w moim odczuciu, idzie poetka odrobinę za daleko. Seans wyciętych kadrów staje się odrobinę przydługi i nieco traci na mocy, kiedy widzimy scenki żywcem wyciągnięte z prasy brukowej [np. mama Oli, s.30]. Tom, przy całej swojej uważności i lakoniczności, wybrzmiewa wystarczająco mocno bez takich zagrywek. Nie potrzeba mówić wprost: patrz, to jest pani Bożenka z Pcimia Dolnego, żeby pani Bożenka poruszała i zastanawiała.
W zdecydowanej większości jednak Witkowska nie narzuca optyki. Pokazuje obrazy, nie narzucając interpretacji. Sugeruje pole znaczeniowe, które jednak pozostaje, co cenne, jedną z możliwości. Nie pcha się przed szereg, nie popadając jednocześnie w płytki relatywizm. Tom „Lucyfer zwycięża” trafia tam, gdzie ma trafiać, a nie tam, gdzie założył sobie, że trafi. Pokazuje i patrzy.
Zastanawia mnie też zasadność powtórzenia wiersza „psia poduszka” [s.9] – bodaj najbardziej znanego wiersza pochodzącego z debiutu poetyckiego poetki. Co prawda, wpasowuję się idealnie w klimat nowych wierszy, ale czy to nowe faktycznie rzuca inne światło? Kwestia sporna.
W każdym razie warto było czekać na nowy tom. Tom, który  i tym razem nie zostawia żadnych odpowiedzi [i bardzo dobrze!], ale zostawia z pytaniem:  co jest w człowieku dobre? [nieplanowany postój w ustronnym miejscu, s. 38]. Boję się zastanawiać. Z pewnością jednak to są właśnie dobre wiersze. I całe szczęście, że niezaangażowane (w tani sposób), a angażujące.

środa, 28 lutego 2018

antypean dla Osieckiej?

Unikam blerpów na książkach poetyckich. Większość z nich i tak nie zostawia żadnych tropów, część wręcz zaciemnia zapalane przez poetów żarówki. Niektóre są nawet odstraszające, co przecież całkowicie przekreśla ich zasadność.Zdarza się jednak, że notki na okładkach czytam po lekturze zawartości.

I tak było między innymi przy "Pozdrowieniach ze świata"  -- trzeciej książce Dominiki Dymińskiej. Autorka została tam na przykład przyrównana do Agnieszki Osieckiej z kartą Visa. Że liryczny dziennik? Że ckliwość ubrana w jakiś tam rytm i aktualne tematy medialne? No, w tym względzie się zgadzam. I jednocześnie muszę dodać, że powyższe porównanie mogłoby uchodzić za całą krytykę negatywną książki. Być może dlatego też nie doczekała się ona szerszych omówień (na jednym z blogów zamiast recenzji impresja o postaci autorki(/podmiotki?), na innym wywiad i kilka, raczej niepochlebnych wzmianek przy podsumowaniach literackiego roku 2017.
Ale stop. Przecież:  A. hej, to jest blerp, to ma być pochwała; B. przecież uwielbiam Osiecką.

Sęk w tym, że prawdziwa Osiecka owszem, podobnie jak autorka "Mięsa" uprawiała konfesję podmiotu, będąc piewcą prostoty i nazywania rzeczy wprost. Również pisała o tym, jak wydaje jej się, że jest. Umiała jednak odcedzić konwencję lirycznego pamiętnika, która przy całej swojej codzienności tematycznej, całej swojej zwykłości, dotykała jednak spraw uniwersalnych i jeśli nie wiecznie aktualnych, do samouaktualniających się, a jeśli już uderzała w efemeryczne tony (a robiła to, przyznajmy, nie tak znowu rzadko), od zwykłego dziennika, którego jedyną wartością są tylko niepoukładane i niestety niewiele wnoszące do życia postronnych czytelników emocje.
Język Osieckiej, mimo (pozoru?) lekkości, był wartością samą w sobie, prowadząc odbiorcę w różne meandry estetyki, zawsze jednak pozostawiając pewności braku zbędności. Każde słowo, nawet największy potocyzm, zdrobnienie czy rozwlekłość narracyjna są tam uzasadnione.
U Dymińskiej nie jest z tym jednak tak różowo.
Podmiotka tych wierszy oscyluje niebezpiecznie blisko bohaterki debiutanckiej powieści autorki - "Mięsa".Tym razem jednak jest mniej rozedrgana, mniej śmiała, a bardziej, zwyczajnie (!!!) i, biorąc pod uwagę aktualne, że tak powiem, mody polskiej poezji "angażującej się", banalnie wkurzona.

Czy jednak ten hołubiony przez młodych twórców (ostatnio głównie lewicujących), wystarcza?
Ano niestety nie. Bo niestety nie działa. Brzmi nawet momentami nieco groteskowo. Jakby osoba mówiąca w tych wierszach krzyczała tylko po to, by być wysłuchana, tylko po to, by jakkolwiek wypowiedzieć się na ważne tematy. I nie, nie sugeruje tutaj autorce (!) sztuczności.
Pragnę zauważyć jednak, że to dość łatwy chwyt w sytuacji młodopoetyckiej i okołopolitycznej, jaką mamy obecnie, podnosić tematy aborcji, czarnego protestu, molestowania. Na Facebooku przecież chwyta, chwyci zapewne i w książce.

Niektórych pewnie tak. Mnie zupełnie nie przekonuje. Wynurzenia podmiotki, o ile w niektórych miejscach nawet błyskotliwe, ogólnie ani nie rzucają nowego światła na wałkowane sprawy, ani nie dotykają ich sedna, zamykając się na jednostkowości doświadczenia, na własnym ja.
I można by powiedzieć: no i dobrze! Przecież tym właśnie stoi poezja konfesyjna od lat. No, stoi.
Jednak mimo całego, podanego tak bardzo wprost, wkurwu, kończy się jednak prześlizgiwaniem po tematach. Samo tupanie nóżkami nie jest jeszcze wyrzucaniem z siebie niezgody. Nie jest aktem sprzeciwu, walki. Raczej widziałabym w tym próbę pokazania (samemu sobie?), że ma się przecież jakiś głos i że chciałoby się, by został wysłuchany. Próba mikrofonu zanim jeszcze napisało się przemówienie lub włączenie się do sporu w momencie, gdy nie stanęło się jeszcze po żadnej ze stron, ale koniecznie chce się mieć udział w dyskusji.

Znowu stop. Bo przecież teoretycznie podmiotka jasno i konkretnie opowiada się po "jedynie słusznej stronie". Broni swojej niepodległości. Nazywa emocje i sytuacje. Tylko teoretycznie, ponieważ brakuje w tym wszystkim siły sprawczej, brakuje ognia, brakuje pewności siebie i jakiegoś punktu zaczepienia.

Przede wszystkim brakuje mi w tym konkretu.  Nie ma w tym mocy z rodzaju: "wszyscy to w jakiś sposób czujemy", próżno szukać też, przy całym tym jednostkowym doświadczeniu, które mogłoby być przecież siłą napędową, jakiegokolwiek wyróżnika.
Padają tam głównie słowa, które wszyscy mówią czy myślą, nie przywiązując do nich jednak żadnej wagi, bo po prostu niewiele one zmieniają w naszych życiach. W skrócie: mówi się, że ze wszystkiego można zrobić wiersz. Takim samym truizmem jest, że nie ze wszystkiego warto. Po prostu. Błyskotliwe, ważne, konstytutywne frazy zostają tu niestety zagadane -- to przez słowotok, innym razem przez zwykłe mizdrzenie się do czytelnika i dość jednak, przykro mi, tanie chwyty.
A szkoda. Bo jest w tym wszystkim w dalszym ciągu, wyczuwalny już w "Mięsie" słuch językowy, jest werwa - może tylko w dalszym ciągu zbyt młodzieńcza. Za bardzo opatrzona schematem: chciałabym, ale nie wiem jak, chciałabym, chociaż nie wiem, po co.





wtorek, 23 stycznia 2018

taka mała epoka

Poza bezsprzecznymi korzyściami, jakie niesie za sobą tzw. "bycie na bieżąco", czytanie prawie wszystkiego, co pojawia się jako twórczość "młodych głosów", niesie za sobą pewne ryzyko.
Wyobraź sobie bowiem, że dostajesz/kupujesz debiutancki tomik autora, którego niby znasz już co najmniej od kilku lat. Znasz, wydaje się, na tyle dobrze, że chcąc niechcąc, wyrabiasz sobie opinie jeszcze przed czytaniem. W końcu śledziłeś etapy jego rozwoju, zatem sądzisz, że doskonale wiesz, czego można się spodziewać.

Masz wtedy dwie opcje.  Numer jeden: wiersze znasz/cenisz tak bardzo, że koniecznie musisz sprawdzić, jak ułożyły się w książce. Głównie po to, żeby potwierdzić swoje wcześniejsze przekonania -- bez znaczenia, czy ocena ogólna była pozytywna, czy wręcz przeciwnie. Bramka numer dwa: niespecjalnie ciągnie cię do tomu, bo przecież już wszystko znasz i czym takim może cię autor zaskoczyć?
W każdym razie jednak trzymasz się tego, co ukułeś na dobre przed lekturą. I bach. Jesteś w pułapce, bo, na szczęście, coraz mniej tomików to po prostu the best of ostatnich lat.
Wreszcie jednak po tomik sięgasz. I znowu bach. Zaskoczenie. (Prawie) wszystko jest inaczej niż sądziłeś.

I tak właśnie sama się nabiłam w butelkę z książką D. Madeja. Autor "Małej epoki", chociaż debiutant, publikował sporo i często - głównie w internecie, ale również w prasie literackiej.

Nie zaskoczył mnie jego minimalizm, nie zaskoczyło zafiksowanie na kilku ulubionych środkach stylistycznych (co jest zresztą moim najpoważniejszym zarzutem do książki).

Zaskoczył mnie natomiast nieoczywisty dobór wierszy. Madej nie tyle postawił na świeżość/nowość, bo nie wiem, z jakich lat wiersze umieścił, co zdecydował się nie naupychać tekstów, które się z nim kojarzą w sposób oczywisty, bo bywały "to tu, to tam". W "Małej epoce" zabrakło wierszy popularnych, zabrakło tych chwalonych na portalach. I dobrze. Fajnie jest czytać coś, co niby się już zna, a jednak nie brzmi jak odgrzewane schaboszczaki z niedzieli podawane we wtorek na śniadanie.


Kolejną niespodzianką było jeszcze większe cyzelowanie tych wierszy: oczyszczenie do granic możliwości. Nie spodziewałam się, że autor może i chce iść w to jeszcze dalej, jeszcze mocniej.
O ile, prawdopodobnie zrobiło to dobrze ogólnemu warszatowi twórczemu, to zabieg ten, jeśli spojrzymy na poszczególne wiersze jednostkowo, a potem porównamy je do siebie, zobaczymy, co nam zostaje:
- natoryczne nadużywanie porównań, w tekstach jest całkiem sporo "jaków" i "niczymów" (dość typowa sprawa również dla starszych tekstów Madeja),
- metafizyka niedopowowiedzeń ociera się w pewnych momentach o hermetyczność i brak konkretu (sytucja się nawet nie zaczyna rysować, a już się kończy, utwory nie są aż tak ostre, jak wymagałaby tego forma),
- ogrywanie związków frazeologicznych poprzez ich nadbudowywanie, przełamywanie ciągiem kolejnych powiązań (chwytliwe, owszem, przez chwilę),
- nagminne przerzutnie (na szczęście mniej niż dawniej, ale mimo wszystko w dalszym ciągu to się właśnie wybija z czytania).

Ograniczenie środków stylistycznych to bardzo ryzykowny zabieg. Serce tomiku Madeja, może nie tyle nie przeżyło, co wyraźnie się nadwyrężyło. Przy czytaniu kolejnych wersów ma się, niestety, nieodparte wrażenie, że to jest wciąż próba napisania jednego wiersza. Szkoda tylko, że nie w ten sposób jak u Dyckiego czy Krynickiego, a jedynie w kontekście formalnym.

Szkoda, że autor nie idzie na dalsze poszukiwania, nie próbuje wyjść poza bezpieczną foremkę, która jest już przy drugim-trzecim wierszu maksymalnie przewidywalna i prosta. 

"Mała epoka" nie jest epokową książką. Nie pretenduje nawet do tego. To wiersze zamieszkałe gdzieś „między open spacem a zamkniętym / osiedlem”[*] - fajnie, że współcześnie, ale bez mizdrzenia się i pindrzenia. Świetnie, że nieprzestylizowane, prostota jest tutaj zaletą, gdyż w porówaniu do kilku ewidentnie przesterowanych, przedobrzonych tomików na granicy (lub w samym centrum) bełkotu, to znak odwagi, pokusić się o wydanie książki, która nie jest ani znakiem czasów, ani modna, ani postmodernistycznie doprawiona. Może się zatem zdecydowanie podobać osobom zmęczonym czytaniem dwudziestu praktycznie identycznych tomików wydawanych sukcesywnie w ostatnich latach. Ale czy to wystarczy, żeby teksty uznać za naprawdę istotne dla pogrążonego w lekturze, skoro dla całej literatury raczej nie (nie jest powiedziane, że każda książka musi albo nawet powinna być istotna dla świata)?

Jakoś mi w tym wszystkim ZA MAŁO. Trudno nawet powiedzieć, czego za mało konkretnie. To całkiem ciekawy, momentami błyskotliwy tomik, a przy tym, co mnie smuci najbardziej, niewykorzystana szansa. Nie chcę powiedzieć: niedopracowany właściwie odwrotnie być może za długo dopieszczany, być może w złym momencie ukończony. Być może to rozgrzewka przed biegiem lub zamknięcie pewnego etapu, by uwolnić się z tych stylistycznych ram. Coś na zasadzie: napisałem w ten sposób już wszystko, co miałem napisać, teraz zamiast wycinać, stawiać na mniej, zamiast poszerzać i nadbudowywać, poszukam nowych rejonów. 
Tego autorowi  życzę. Zdecydowanie warto szlifować niewątpliwy słuch językowy. Coś z tego jeszcze może być. Na ten moment to jeszcze zdecydowanie niewystarczająco, by jakkolwiek trwale ruszyło choćby i jednostkowo. Szkoda.







* D. Madej, Akcja, [w:] tegoż, Mała epoka, Poznań 2017, s. 20


czwartek, 6 marca 2014

Poezja błyskotliwa czy błyskawiczna?


Tytułowe zestawienie – jak każdy przypadek odgórnych podziałów na dwa – jest tyleż nęcący, co niebezpieczny. Wynika jednak z pewnych skojarzeń narzucających się podczas lektury debiutu krakowskiego poety Szymona Słomczyńskiego Nadjeżdża [Biuro Literackie, 2013]. W moim jednak odczuciu ani to zestawienie, ani w końcu (jeśli uda się do niego doprowadzić) wybór tylko jednej tezy nie okazuje się wartościujący: nie chcę traktować tego jako binarne opozycjonowanie, ale przyjrzeć się wierszom z bliska. Sprawdzić, czego dokonują nie tylko na czytelniku, ale przede wszystkim na sobie wzajemnie. Warto byłoby skupić się bowiem wokół wspólnego źródłosłowu przeciwstawności, którą niejako mimo wszystko narzucam.

Błysk. Flesz aparatu. Męczący, nawet irytujący, bolesny, ale szybko znika. Ale i błysk fajerwerków. Zachwyca, przyciąga spojrzenie. Ale i błysk intelektu. Myśl, nagłe rozwiązanie problemu. Wreszcie błysk  światła latarni morskiej.

Wiersze zawarte w tej książce wywołują – podobnie jak samo słowo „błysk” sprzeczne myśli i skojarzenia. Czemu zatem nie uprościć i nie nazwać ich krótko poezją błysku? 

Joanna Mueller w szkicu na stronie Biura Literackiego odmawia autorowi namacalnej autentyczności1, czy osobistego zaangażowania. A i owszem, podmiot (używam tego słowa ze świadomością dużego uproszczenia) ukazuje się w zbiorowości: bohaterowie się zmieniają – podobnie jak głosy oraz – idąc za cytatem – tonacje: Zmieniam tonację – z oschłej na soczystą [z wiersza: „Katalog”, str. 6]. Podobnych wstawek – pozornie dotyczących pisania, a jednak mocno zakorzenionych w próbie opowiedzenia się po którejś stronie, odniesienia się do atakującego świata, mamy jeszcze sporo.  Wszak już w pierwszym wierszu uderza niby-odsłonięcie, które ma być przecież swoistą maską: ukrywam się dość zręcznie, ale wciąż tu jeszcze/jestem [z wiersza: „Nadjeżdża”, str. 5].

Co zatem z zaangażowaniem? Łatwo byłoby skategoryzować, skatalogować: podmiot albo błyskawicznie kłamie i to tylko ładnie brzmiące frazy, albo z kolei błyskotliwie wyraża siebie. Czy raczej: wyraża się sobą. Samym sobą, całym sobą, bo jednak – mimo a może właśnie poprzez zmianę ról, języków i postaw – dostrzegamy wreszcie pewne sieci łączące wcale nie tak znowu przypadkowych bohaterów. Co widać od razu, spora część wierszy Szymona mówi głosami kobiet – bardzo różnych: dam lekkich obyczajów przy autostradzie, koleżanki-filozofki... można by wymieniać. Interesujący zabieg formalny, choć wykorzystywany już niejednokrotnie, z pewnością dodaje świeżości, momentami bywa jednak niewiarygodny. Manifestacja kobiecego „ja”, jego demonstracyjny charakter wiądą niekiedy w stronę co najmniej powątpiewania. Demonstracja, wręcz zderzenie poglądów czy sposobu myślenia bohaterek jest chyba najmniej przekonującą częścią całości. Odbicie w tę stronę działa, mam wrażenie, niezupełnie tak, jak powinno. Paradoksalnie tracą na sile poprzez intensywność, z jaką próbują dojść do głosu, ściągnąć na siebie uwagę czytającego.

Jakkolwiek odbierzemy powyższe: udowadniają jednak praktycznie na każdym kroku pewną afektywność wypowiedzi, co jednak zaprzecza możliwości pójścia tropem wskazanym przez przywołaną wcześniej Joannę Mueller. Zaangażowanie jawi się jako skrzętnie ukryte. Pytanie brzmi zatem: czy nie nazbyt usilnie?
Mamy także subiektywnne komentarze do faktów medialnych czy opowieści, można by rzec, publicystyczne. W tym wszystkim jest jednak spora dawka tych najbliższych, najsilniejszych emocji – ciekawie wygląda tu prawie że mantrowana potrzeba dziecka. Perspektywa posiadania (czy bardziej wyczekiwania) potomka pojawia się co najmniej kilkakrotnie [„Nadjeżdża”, „DNA”, „O ważnych sprawach rozmawiamy zazwyczaj w ogrodzie”]. W zderzeniu z miejsami ostentacyjnym maczyzmem, kierowaniem oka kamery na sprawy zakorzenione w świadomości jako tendencyjnie i typowo męskie spojrzenie: mniej lub bardziej przygodny seks czy szybkie samochody ukazuje nam to dość szeroki wachlarz tak znaczeń, jak i  (a może przede wszystkim) zainteresowań bohatera. Opowiadana historia wydaje się spójna, a momentami nader intrygująca.

Zatem wyraźnie błyskotliwość? Wszystko powyższe zostało podane w diablo skutecznej, klasycznej formie. Jedenasto- i trzynastozgłoskowce. Nienachalne rymy. Słowem: rygor języka. Czytelnik Nadjeżdża płynnnie lawiruje, pokonuje kolejne zakręty wersyfikacyjne czy brzmieniowe i czuje prawdziwy komform jazdy. Czuje go na tyle intensywnie, że pojawia się obawa, iż całkowicie się w nim zatraci. Zapomni, po co i skąd jedzie. To z kolei prowadzi do kolejnego niebezpieczeństwa: samo brzmienie zacznie wystarczać. Dobrze ułożone, chciałoby się dodać: wycyzelowane frazy sprowadzą nas wreszcie na manowce chwilowości, błyskawiczności. Działają natychmiast, ale krótko. Chce się czytać kolejny, zapominając o poprzednim. Czy wiersze dwudziestopięciolatka  same siebie deprecjonują? Momentami niestety mam takie wrażenie: jeszcze raz jednak powtórzę – jest to całkowicie pozbawione wartościowania – bo może właśnie o to chodzi? Może to gra z czytelnikiem, może to, co ma pozostać, to język, który uwodzi. Idąc łatwym tropem, wyśledzimy konotacje z twórczością Andrzeja Sosnowskiego czy Macieja Meleckiego. Jednak ani autor „Poems” ani dyrektor Instytutu Mikołowskiego nie mieliby raczej za wiele do powiedzenia w tym temacie. Tomik autora wyróżnionego w edycji Połowu z roku 2012 r. porusza zupełnie inne struny, nawet jeśli podparte na podobnych fundamentach.

Podczas lektury nurtowało mnie jednak coś całkiem innego. Zastanawiałam się, czy tym wierszom jest w ogóle potrzebny jakikolwiek podmiot: zbiorowy czy jednostkowy. Czy to, jak mówią te osoby, nie zamyka, nie przyćmiewa tego, co mówią. Czy wiersze nie mówią więcej o sobie niż o swoich bohaterach i wreszcie: co się przez to z nimi dzieje.

Cechą tekstów Słomczyńskiego jest jeszcze jedna dwubiegunowość: uciekając od dosłowności, uzewnętrzeniania egotyzmu czy kronikarskiego opisu wciąż pozostają zrozumiałe, a odniesienia literackie (których takoż niemało) nie okazują się jedynym sensem, ale dodatkowym odnośnikiem, odrębnym punktem zaczepienia. I dobrze! Kontra błyskotliwości z błyskawicznością, ulotnością wciąż trwa: czy brak utrudnień oznacza ułatwienia? Jeśli tak, Szymon ułatwia czytelnikowi zadanie. Pośród odniesień do rzeczywistości, kultury (vide: ekfrazy czy dialog z dykcjami poezji współczesnej) całego swoistego metajęzyka, wreszcie pośród kalejdoskopu głosów, ról i masek, znalazł się wiersz na podbudowie znanych radiowych szlagierów [„Jak przygoda, to tylko”]. W tym miejscu nachodzi na całość kolejna warstwa: czy poprzez swoją przystępność, całość nie sprawia jednak wrażenia szybko, momentalnie napisanej? Łatwej mimo wszelkich wiraży i zwodów? Czy przypadkiem zamknięcie się w formie wiersza regularnego nie ułatwia sprawy? To jednak poziom autora. Układ oraz ogólna forma wierszy sprawia wrażenie idealnie dopracowanego produktu. Dostajemy do rąk zbiór podejrzanie dopracowany, w którym nie ma miejsca na potknięcia i puste miejsca. Gdzie jest miejsce dla odbiorcę?
Odbiorca (jeden, przecież mogę mówić tylko za siebie) powie: dobrze, było ciekawie, momentami smutno i refleksyjnie, innym razem zabawnie lub ekstytująco. Istne flesze. Ale co dalej? W przypadku debiutantów „dalej” oznacza zwykle drugą książkę. Chciałabym jednak skierować to pytanie w inną stronę: co dalej zrobię z książką, z tymi czterdziestoma wierszami? Pytanie czy okazały się bardziej błyskotliwe, czy jednak błyskawiczne pozostaje bez odpowiedzi. Truizmem byłoby przecież mówić, że to indywidualna sprawa. Jak zatem znaleźć, jeśli istnieje, jakikolwiek klucz, wytrych i czy warto go szukać? Abstrahując od przewijających się ciągle antynomij, odrzucając sprawy, które te wiersze (w moim odbiorze) wywołują na własnej tkance, wróćmy wreszcie do czytelnika. Zastanawiam się bowiem, do kogo jest kierowana poezja, która nie jest ani przesadnie buntownicza, zachłanna, radykalna... jeśli sama się nie klasyfikuje, jak może ją przyporządkować odbiorca? I tu oczywiście należałoby odparować atak: po co porządkować, szufladkować? Wypada zatem uprościć pytanie: na jakie rejestry – poza językiem – ta dykcja naciska? Wszystkie powyższe przykłady prowadzą przecież do jednego wniosku: jest ona przy całym swoim klasycyzmie na wskroś współczesna.  Tu znowu nasuwają się porównania: z impetem wierszy autora Rewersu – T. Pułki, językowym drganiem  przt jednoczesnym pozoostaniu po stronie rzeczystości Jerzego Jarnewicza. Tyleż samo jednak łączy powyższych z Nadjeżdża, co dzieli. To poezja, która sama się wyczerpuje już w pierwszym tomie, choć z drugiej strony można by tak przecież bez końca.

1.       Mueller R. Liryzm lawirujący, URL: http://portliteracki.pl/przystan/teksty/liryzm-lawirujacy/

Nadjeżdża, Szymon Słomczyński
Biuro Literackie, Wrocław 2013

Str. 59

piątek, 30 sierpnia 2013

Oto piewca zagrożeń. "Hotel Jahwe" - Sz. Domagały Jakucia

Ab urbe condita. A na początek? Koniec, okładka. Bo oto mamy dwóch piewców poety:  pierwszy to Kacper Bartczak, który wskazuje w wierszach Szymona Domagały-Jakucia zamkniętych w debiutanckim tomie „Hotel Jahwe” rzeczywistość zwichniętej religii oraz piewca drugi znany z niewyczerpywalnych zasobów wszelkich anegdot Konrad Góra, przywołujący zdarzenie  znalezienia psa, co aktualnie sypia na grdyce i porównujący debiutanta do Borowskiego czy Broniewskiego.
Smakowita to zachęta, popatrzy zatem co kryje się pod daniem głównym, które jak się okazuje – szanowny autor podzielił na dwie części: Ewangelię dla wykluczonych oraz Ewangelię dla miasta Łodzi. Cóż zatem za dobrą nowinę przynosi? Czyje przyjście i czyje zmartwychwstanie ogłasza?
Spuścizna modernizmu przyniosła nam przesyt okrzyków o śmierci wszelkich bogów i pozostawieniu biednych ludzi samym sobie. Ewangelia według tradycji ma przekazywać wiadomość o lepszym życiu. W chrześcijaństwie ewangelia jest nauką o Jezusie i zbawieniu.  Poprzez zapis historii życia Zbawiciela, pokrzepia, ale jednocześnie poucza ludzi, wskazują drogę postępowania zgodnie ze Słowem Bożym, która to ma poprowadzić ich do wiecznego szczęścia.
A może odwrotnie? W starożytności używano tego terminu do określenia rodzaju nagrody w podzięce za pomyślną wieść. Pomocny może okazać się tytuł. Hotel to tymczasowe miejsce na nocleg, odpoczynek. Z natury obce i bezosobowe. Bezbarwne, nawet jeśli zaprojektowane i utrzymane z wielką klasą.
Hotel Jahwe. Hotel dla Boga? Jahwe to hotel – chwilowe miejsce na odpoczynek, punkt na trasie? Schronienie? Więcej się rozjaśnia niż zaciemnia, więc przejdźmy do treści.
Pierwsze, co uderza w wierszach Jakucia, to bezkompromisowość straceńca. Łodzianin uderza bez pardonu, zwracając się do samego Boga:

„Boże ścian drzwi zabierasz aby nie było wyjścia
podłogi zabierasz aby nie było przejścia
kiedyś dojrzeję i rzeknę: Chrystus drzwiami podłogą
a  Boga ścian  nie ma niech żyje Bóg drzwi
u Chrystusa mieszkań wiele z widokiem

póki co przyszedł Diabeł odlicza kroki wybranych
dba by nie zboczyła moja podłoga do Boga drzwi
oto spełniło się nawet Diabła mam po swojej stronie
jego gniew  spada na mój sufit
chciałbym nie mieć cię na głowie teraz ja szarpię za twoją przyczynę”
[z wiersza: W dupie mam wszystkie twoje kraje]

czy:

„Oto spolegliwość uczyniła mnie narzędziem
(...)

nie czuję się wezwany przez Ciebie ani nie liżę znaczków
bo nie mam Ci nic ważnego do przekazania
(...) „
[z wiersza: Jahwe]

Pomijając niewielki dysonans (najpierw zwrot do Boga zapisany wielką literą, w kolejnym wierszu minuskułą), wyraźnie dostrzegamy tu oznaki agresji i buntu. Buntu jednak aktywnego. Szymon nie obiecuje, że kiedy przyjdzie Bóg, to stanie się cokolwiek konkretnego/on zachowa się w konkretny sposób. Szymon przemawia bezpośrednio. Już działa. Wystawia działa i nie ustaje w ataku:

„Religia to kłamstwo. Śmierdzi ofierze Chrystusa poświęcenie nóg(...)”
[z wiersza: Bulla fellatio]

Antyreligijna [czy może raczej antykościelna, bo w końcu spotykamy wyłącznie nawiązania do Biblii] żarliwość, wręcz fanatyzm, to tylko część, jak się okazuje, wcale nie najistotniejsza, tego, co autor nam przygotował. „Hotel” wręcz kipi od bardzo dosłownych, często brutalnych i wulgarnych opisów czynności seksualnych – niekiedy natężenie tego jest tak silne, jakby to właśnie seks – zamiast religii czy Boga – okazywał się jedynie słuszny i zbawienny. Alius est Amor, alius Capido? Podmiot tych wierszy traktuje fizyczne zbliżenie niemal na zasadzie rytuału religijnego – czegoś najwyższego i najwspanialszego (jedynej drogi nie tylko do śmierci, ale do rozkoszy rozumianej jako zbawienie – czyżby zatem wybrzmiewały tu tony libertyńskie i hedonistyczne?). Nie mówi jednak zbyt wiele o miłości emocjonalnej między dwojgiem ludzi.

I tak na przykład:

„(...)
zbliżenie eksperymentuje we mnie podnosząc korpus do świętości  
Zbawicielu jeśli dobry seks jest metaforą umierania
Ja eunuch spotkam się z Tobą prędzej niż podejrzewałem”
[z wiersza: Hymn do miłości (Jak szybko dojdę Zbawicielu)]

Prawda, że działa? Problem jedynie w tym, że całość nieco pachnie prowokacją. W kolejnych tekstach zaczyna być już przewidywalne. Wiemy: będzie bezprecedensowy seks, kolokwialne oraz religijne słownictwo, Bóg sprowadzony do roli dziecka, które upomina się lub karci za złe zachowanie, a całość zachowana w stylu litanii. Całość sprawia wrażenie przesytu, który jest chyba największym problemem tej książki, choć autor operuje równie sprawnie inną tematyką. Cztery ze swoich wierszy kieruje bezpośrednio do innych autorów (dwa – po jednym w każdej części – poświęca łodziance Justynie Fruzińskiej i po jednym dedykuje Robertowi  Rybickiemu i Konradowi Górze; oba ponownie w tonacji quasi-modlitewnej).

Kolejnym lejtmotywem okazuje się mała ojczyzna autora – Łódź. To właśnie tam ma miejsce lwia część narracji i to właśnie temu miastu poświęcona jest wszak druga część tomu. Nie jest to jednak Łódź piękna i zachęcająca do zamieszkania:

„Widziałeś słońce na  Zarzewskiej? Grabowej, Dębowej, mojej  Poznańskiej?
Wskrzesza ciepły odór uryny. (...) Nie kocham cię. Nie daję rady. Nie biorę.
(...)

Ulica tak brzydka, że grawitacja abdykuje. (...)

Kilka metrój dalej na Placu  Niepodległości miasto oświetliło nowy kościół,
wszak światłość światłości potrzebuje. Obok na postumencie Faustyna
ciągnie druta Miastu.”
[z wiersza: Ulica Zarzewska]


I w końcu, czego mogliśmy się spodziewać:

„(...)
Gdzie jesteś Chryste?
Czemu opuściłeś to miejsce?
A przecież warte jest miasto krwi Twojej
(...)”
[z wiersza: Piątek w Łodzi]



„Hotel Jahwe” to odważny, mocny tom z wyraźnymi naleciałościami wciąż młodzieńczej buńczuczności, o’haryzmem dostrzegalnym w kilku miejscach. Głos podobny nieco do dykcji K. Góry czy Sz. Kopyta, ale wciąż osobny, przebijający się na tle echa większości współczesnych debiutów. Przy tym wszystkim nieco jednak nachalny w wymowie. Zrozumiała jest siła i brak zahamowań, ale czytelnik ostatecznie nie dostaje ewangelii – ani w znaczeniu nagrody, ani pocieszenia/dobrej nowiny. Historię życia istoty pretendującej na przewodnika duchowego? W pewnym sensie tak, tylko co – prócz krzyku – przynosi ona czytelnikowi? To wiersze czystego sprzeciwu, agresji. Wobec wszystkich, nawet siebie samych. I z tymm musi się zmierzyć czytelnik. Czy na to zasłużył, czy nie. 

Starsze teksty