czwartek, 12 lipca 2018

Zutylizowane pęta

Wkurzają mnie wiersze "polityczne", "lewicowe". Powiecie, że to dobrze, o to chodzi, że wiersze powinny wkurzać. Nie. Polityczne, nachalnie lewicowe wiersze wkurzają mnie w taki sposób, że naprawdę przestaje mi się chcieć rozmawiać o jakichkolwiek książkach, a to już bardzo źle.
Tak, wkurzają mnie już na tyle, że się zraziłam, z góry odrzucam i już po prostu nie mogę tego czytać.

Wkurzał mnie Tomasz Bąk. Jako autor. W porządku, Kanada pojawiła się w idealnym momencie: pisanie tego rodzaju nie było jeszcze wtedy tak modne, ale już rezonowało. "I wiedział, że jest dobre".

Z [beep] Generation już gorzej, bo o ile wyostrzyły się sprawność i dowcip, tak mam takie dziwne, choć nieodparte wrażenie, że tom po prostu spełniał oczekiwania, utrzymywał (czy też raczej: budował) pewnego rodzaju legendę. Tzn. krytyka literacka czy inne mniej lub bardziej znaczące/mizerne formy recepcji literackiej w Polsce stawiały wobec autora pewne wymagania i tom po prostu im sprostał, więc wszyscy byli zadowoleni i nie pytali o szczegóły. 

Dlatego zmartwiła mnie recenzja, w której Paulina Chorzewska widzi w  najnowszym tomie [Utylizacja. Pęta miast, WBCIAK] dopełnienie trylogii.  Jednak czytam. Wzięłam, otworzyłam. Na zasadzie "poznaj wroga"? Nie, również nie po to, żeby się utwierdzać, bo jednak straciłam już za wiele czasu na książkach, które mnie utwierdzają. Teraz ważne są takie, które coś burzą bądź budują. Wzięłam trochę z powodu tej sprawności, która przecież nie jest gwarantowana w większości nowości wydawniczych w ryneczku/rynsztoku poetyckim. I trochę, bądźmy uczciwi, mimo wszystko z ciekawości. 
Czytam i myślę, że sporo tu zmian - żeby nie powiedzieć: przeobrażeń. Tak, oczywiście, że dostrzegam autonawiązania, autocytaty i rozwinięcia kilku motywów z poprzednich tomów czy też (świadome lub nie) stawanie w odniesieniu do nich. Ale to jest analiza dość prosta. Zbyt prosta, by iść jej tropem.

Bąk przekroczył nie tylko oczekiwania i wyobrażenia. Nie tylko warsztat i ideologię. Przekroczył sam siebie, stając się - dla mnie! - tym, czym świadomy autor powinien być (o ile wolno w ogóle stawiać twórcom jakiekolwiek "powinno"): otóż, nie jest już taki, jak powinien być. Jest mocny, własny, pewny [i od pewności siebie, i od pewniaków]. 

To jest wreszcie książka ze wszech miar zaangażowana w rzeczy ważne: te teksty są zaangażowane po prostu, niczego nie udają, do nikogo się nie pindrzą jak większość młodej poezji politycznej, antypolitycznej i pseudopolitycznej. To już nie jest "skowyt pokolenia prekariuszy" [jak pisała o poprzedniej książce autora Joanna Orska]. To są wiersze oddane sprawie - idei, a nie ideologii. Wiersze, w których obu stronom dostaje się po równo i obu stronom oddaje się po równo. 
To są przede wszystkim wiersze czułe ["lirycznym, kurwa, lirycznym", że się posłużę cytatem z wiersza Jerzego Jarniewicza]. Czułe nie tylko w takim najprostszym rozumieniu: czułe, czyli miłosne, a już najlepiej miłosne i melancholijne. To są, tak sobie czytam, wiersze czułe względem siebie, względem świata, miasta i języka. 

Przy tym wszystkim jest to poezja szalenie oczytana [odniesienia do Ginsberga, a z polskiego poletka Sz. Kopyta czy - no, jak inaczej! - T. Pułki, ale również po prostu do różnych, niekoniecznie lewicowych, filozofii i dogmatów]. Przede wszystkim ta książka jest po prostu dobrze zrobiona. Bezpardonowo współczesna (żeby nie powiedzieć: postmodernistyczna i jednocześnie przeciwko postmodernie). Poezja przeciwko językowi i językowi ku chwale. Deklaratywna, bez słabszych miejsc.
Poprzez narzucanie sobie dłuższych form (poematów i quasi-poematów) utylizuje autor pęta języka i własnego warsztatu (wypada świetnie zarówno w krótkich formach, jak i kilkustronnicowych wypowiedziach). Poprzez konfesję przemieszaną z konwencją utylizuje ideologię.
Utylizacja. Pęta miast to w moim odczuciu szalenie miejska książka. Miejska, na szczęście, w dobrym sensie. I szalenie ważna. 

wtorek, 26 czerwca 2018

Frąckowiak na froncie, czyli kto tu z kogo zakpił?

Zawsze przy podobnych książkach pojawia się to patetyczne pytanie: gdzie jest granica między życiem (prywatnością, chwilowością, reakcjami) a literaturą.
Jeśli coś jest tekstem kultury i jest po prostu faktycznie tekstem, to czy już jest literaturą?
Jak to z takimi pytaniami bywa, oczywistym jest wręcz, że nie warto na nie w ogóle odpowiadać, choćby z tak błahego powodu, jak to, że czasem to nie autor decyduje o klasyfikacji tworu (niestety dla czytelników: równie często dzieje się tak w przypadku tego, co napisał jako literackie, nie tylko w sytuacji mniej lub bardziej intymnych listów czy innego typu zapisków).
Pytanie to, co również dość oczywiste, ma dwie strony. Czy wolno naruszać korespondencję, która - jak możemy (słusznie lub nie) mniemać - miała być jedynie prywatna, przeznaczona dla oczu jedynego odbiorcy? Z drugiej strony jednak: czy lektura cudzych listów faktycznie przyniesie nam - jako czytelnikom - cokolwiek ważnego? Czy czytanie pociągnie za sobą jakikolwiek pragmatyczny (z punktu widzenia estetyki, wiedzy, przyjemności) sens? Wartość większą niż zaspokojenie ciekawości lub głodu liter? Wtedy wszak można czytać cokolwiek innego, choćby wymiany komentarzy na forach, które to przynajmniej są z gruntu publiczne, więc pozbawione aspektu "naruszania tajemnicy korespondencji", a również bywają bardzo żywiołowe: emocjonalnie, tematycznie, językowo.
Oczywiście: co nas obchodzą jakieś tam awatary, kiedy tu mamy Nazwiska. Noblistka i nobliwy poeta - jeden z najbardziej cenionych, ojciec poezji współczesnej, posiadacz jednej z największych armii epigonów, klasyk, a przy tym postać wielobarwna i kontrowersyjna - Zbigniew Herbert.
Otrzymujemy zatem Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955-1996 - książkę zredagowaną i wydaną przez Ryszarda Krynickiego [wydawnictwo a5], okraszoną przez niego szczodrze zdjęciami rękopisów oraz samych poetów, a także - nierzadko więcej niż same listy mówiącymi - przypisami.
Również otrzymałam i przeczytałam. Zajęło mi to bodaj godzinę.
Listów i pocztówek uzbierało się sporo, jednak w większości są one raczej lakoniczne - występują raczej jako symbol wzajemnej pamięci i sympatii niż żywych dyskusji czy szerokich kontekstów (jak choćby wymiana zapisków między Szymborską a Filipowiczem). Niezbywalnie wątek Frąckowiaka/Fronckowiaka momentami bawi, nie na tyle jednak, żeby udźwignąć ciężar książki. Nikt chyba nie poddaje w wątpliwość zdolności językowych któregokolwiek z autorów. Ta korespondencja to przede wszystkim świadectwo nie tylko przyjaźni, ale czasów, w których publikacja w czasopiśmie czy wydanie tomu wierszy, było dla poetów sprawą, która faktycznie mogła wpływać na życie.
Szymborska i Herbert nie wymieniają się uwagami warsztatowymi ani nie plotkują o książkach czy ekscesach innych poetów (choć kilkanaście razy pojawiają się nazwiska, pseudonimy czy inicjały ludzi pióra). To perspektywa środowiskowa bez zanurzania się w to środowisko w sposób niski i opowiadania się po żadnej ze stron. Choć zarówno zaangażowanie polityczne, jak i żywiołowość twórców posiadały wiele rozbieżnych punktów, nie przeszkadzało im to wspierać się wzajemnie.

Oczywiście ewidentny afekt między adresatami może wzruszać, a już szczególnie, jeśli nie nabierzemy się na czytanie dosłowne i spojrzymy na wymianę czułości jak na pewną, również dość humorystyczną, konwencję... jednak brakuje w tym wszystkim po prostu intensywności - nawet nie tyle w postaci częstotliwości, co zwyczajnie w rodzaju jakiegoś istotnego żaru.
Otrzymujemy zaledwie ciepło zapalniczki - mały płomyk, który owszem, czuć, ale można go też ugasić jednym westchnieniem. Szkoda.
Tym bardziej szkoda, że skoro tak niewiele zostaje z przestrzeni 41, sytuuje mi się ta książka w poletku właśnie pod tytułem: nazwiska. Znani, podziwiani, coś tam udało się wysupłać, więc weź oto czytelniku, bo przecież nazwiska, więc kupisz na pewno.
Doceniam pracę Krynickiego i wydawnictwa - wkład musiał być z całą pewnością ogromny od samego początku (dotarcie do listów, ich segregacja pod kątem chronologicznym, omówienie, które wymagała niemałej wiedzy i wyczucia, ostatecznie sam skład i gotowy produkt - książka jest przede wszystkim edytorsko świetnie zrobiona). Nie wiem niestety, czy efekt jest jakkolwiek współmierny. Dostajemy bardzo dobrze zrobiony (edytorsko to cacko!), ładny produkt, który sam się wypromuje na tym tylko, czym jest i w zasadzie nie potrzebuje żadnej innej otoczki. Smutno jednak, że niewiele poza tym. Dla mnie za mało.



piątek, 22 czerwca 2018

Zawsze wiersze, czyli Marcin Zegadło i "Zawsze ziemia"

Podeszłam do stolika z książkami na Porcie Poetyckim w Chorzowie głównie towarzysko (przecież zawsze fajnie jest powiedzieć znajomemu, który właśnie coś wypatrzył: nie bierz, to jest nudne! - i to bez znaczenia, czy mówię tak prowokacyjnie, czy szczerze uważam i ostrzegam). Większość wyłożonych propozycji przecież już i tak miałam, a jak nie miałam, to widocznie chciałam nie mieć.
Coś tam przeglądałam i w tym momencie Kolega Sprzedawca zapytał:
-  Marcin Zegadło wydał wreszcie tę książkę. Po starej znajomości polecam. Chcesz?

Oczywiście, że chcę. I nie dlatego, że jeśli po znajomości polecał, to szczerze.
Autora "Całego w słońcu" czytam zawsze i wszystko (nawet ten drugi, nieco mniej fortunny od pozostałych zbiorek z Zielonej Sowy, i nawet ten pierwszy, zdecydowanie niefortunny najbardziej ze Stowarzyszenia im. K.K. Baczyńskiego, gdyż i tak zakonotowałam in plus, bo przynajmniej coś mnie może jeszcze w poezji polskiej zaskoczyć i zadziwić, choćby i rozwojem autora).


Cztery godziny w pociągu powrotnym na trasie Katowice - Warszawa okazały się idealną okazją do czytania. I wciąga. Ukłon dla autora (albo redaktora!) za wybór pierwszego tekstu, który nie tylko wprowadza w typową dla twórcy "Nawyków ciał śpiących", nazwijmy to z braku lepszego słowa, magię: czułość i ciepło wymieszane z nietanią melancholią. Światło, które nie razi po oczach, ale współistnieje z cieniem (czyli niby wszystko po bożemu) pochłania. Nie bierze jeńców. Czytam zatem oswojony strach pierwszego tekstu w przekonaniu, że to będzie pewnie jedna z najlepszych (dla mnie) książek tego roku.
Osią książki staje się plamka [...] z której sączy się światło (że tak sobie pozwolę na parafrazę), co nie tyle doskonale wpasowuje się w lekko oniryczny ton poetyki, co wręcz ją buduje wokół, co dla poety symptomatyczne: wokół dzieci, światła, znaków. Wszystko wyrazistym i wyraźnym, ale nie agresywnym - albo raczej: współczesnym, ale na szczęście nienowoczesnym językiem, w którym zarówno czułość wobec siebie, świata, ludzi, natury ma swoje miejsce, tak jak ma w nich czuły bunt. To mądre, odważne, ciepłe wiersze. Nawet jeśli podszyte strachem podmiotu i bohaterów. Strachem, który staje się rewersem pewności.
Trzymają się życia - pełne tego, co można raczej zobaczyć i poczuć niż pomyśleć. Łączą ze sobą klimat "Całego w słońcu" i "Światła powrotnego" z twardością i chropowatością ostatniego tomu - "Rzeźni" (Hermann Brunner i jego rzeźnia, Wydawnictwo Forma).
Wiersze wzajemnie do siebie nawiązują, dopełniają się i zazębiają. Cały układ: dobór i kolejność tekstów "robią robotę". To działa. Tworzy wyraźną, wyrazistą historię.
Coś tu się jednak dzieje (być może ze mną jako odbiorcą) niedobrego. Jakoś (mi) w tym za dużo lekarzy, badań, co czyni całość przyciężkawą i jednak zbyt... jednolitą. A może czegoś tu jednak za mało?

wtorek, 19 czerwca 2018

No, to mi powiedziała. Wokół książki K. Nosowskiej pomyślenia i poczucia

Kiedyś to były czasy, a teraz czasów nie ma. Teraz mamy moment, kiedy influenserka to taka kosmetyczka, trenerka lub piosenkarka co to raczy swoich fanów filmikami na jutubie czy innym instagramie. Najlepiej kompletnie niezwiązanymi z tematem jej działalności. A potem wydaje książkę, którą kupisz nie tylko z pierwszej przy drzwiach półki w Empiku (lub też tej przy samej kasie, bo przecież Hit Sezonu musi być wszędzie dobrze widoczny), nie tylko w Auchan czy innym Tesco, kiosku (coraz rzadziej już Ruchu)  przy przystanku, ale po prostu wszędzie i głównie dlatego, że przecież jest influenserką.
Oczywiście, że taka autorka (lub autor, nie bądźmy przecież seksistami, dokładnie to samo odkrywamy wśród polityków, piłkarzy czy innych celebrytów) mogła/mógł po prostu odkryć w sobie Wolę Mocy, odkryć talent literacki, wenę albo inne powołanie. Mogła/mógł iść za namową przyszłego wydawcy nie dlatego, że nazwisko, ale dlatego, że naprawdę ma do powiedzenia coś ważnego albo/i posiada wrodzony talent, wyczucie formy itd., a w tej swojej poprzedniej profesji nie tyle, co się marnuje, co po prostu nie wykorzystuje stu procent potencjału. Wszak, podobno, artysta powinien być wrażliwy, wyrazisty i mieć do powiedzenia wiele ważnych rzeczy (tak, tu możecie się już zacząć śmiać).
Nie zapominajmy też o tym, że niektórzy fani naprawdę potrzebują takich rzeczy, spijają ślepo każde słowo z ust idola i niewątpliwie jest dla nich ożywcza, istotna i budująca. To nie jest żaden gorszy sort czytelniczy. Nie oczekujmy wszak, że wszystko jest dla tej inteligencyji, co to nie schodzi z piedestału kultury wysokiej.
Tak dochodzimy do zapowiedzi książki napisanej przez wokalistkę HEY. "Książka Nosowskiej będzie hitem", tryskające humorem "videofelietony wreszcie w druku" czytamy po wpisaniu nazwiska autorki Teksańskiego.
I możecie się zacząć śmiać znowu, bo ja, inkarnacja malkontenctwa i narodowy wybredniak, dałam się nabrać na marketing wydawniczy. Bo książka reklamowana jako zabawna, oryginalna obserwacja życia.
Poleciałam, kupiłam w jakimś Auchan czy innym Tesco, bo w lokalnym Empiku zawsze jest milion ludzi czekających na odbiór odbitek czy innych cukierkowych bukietów.
Kupiłam, przeczytałam i skończyło się jak w każdy Międzynarodowy Dzień Zebry (niedoinformowanym tudzież leniwym podaję: 31.12), czyli albo przegapiłam fajerwerki, albo jakoś tak przeszły bez większego echa. Kilka sekund rozbłysku i koniec. Nawet to "bum" nie rozeszło się echem w głowie.
Językowo spójne, inteligentne ozdobniki, chociaż w kilku miejscach redaktorka jednak chyba przysnęła albo w jakiś inny sposób przymknęła narząd wzroku. Czyta się bez większych zgrzytów, ale i bez porywu. Zbyt to jednak ugrzecznione, żeby uznać za charakterystyczne. Trochę jakby zabrakło ikry, iskry albo odwagi.
Tematycznie? Cóż, jeśli nawet zamówiona recenzja w Polityce określa treść zbioru eufemistycznie jako "niespecjalnie odkrywczą", to cóż można tu dodać?
Spodziewałam się czegoś w rodzaju emocjonalnego rollercoasteru albo przynajmniej odważnego, mocnego głosu. Dostajemy tymczasem trochę gorzkich wspomnień (i tutaj świeżo upieczona pisarka wychodzi wreszcie poza asekuracyjne ramy), aluzji i analogii, a to wszystko okraszone ironicznym, czarnym humorem, żeby na końcu skonstatować, że ani to nie mówi nic nowego, ani  w nowy sposób.
Obawiam się po prostu, że te zwarte felietony nikomu nie mogą pomóc, może poza samą autorką w temacie wspomnianego kilka razy kredytu.
Ostatni z krótkich tekstów rzuca na dość ponurą całość nowe światło, próbując ukazać godzenie się z sobą i światem, jednak całość niczego nie uświadamia, nikogo nie podtrzymuje na duchu (o ile nie wierzymy już, że "inni mają gorzej" albo "ci z boskim życiem też mają problemy" może kogokolwiek pocieszyć. Przyjęta perspektywa, nazwijmy to, kontrolowanej szczerości -  sprawia, że osoby, które jeszcze w sobie podanych tematów nie ułożyły, uznają treści za po prostu zabawne, quasi-blogowe. Te natomiast, które ułożyły - za trywialne. Zbyt to smutne, by było zabawne i zbyt oczywiste, by było poważne i poruszające. 
Modna, nowoczesna, instagramowa szata graficzna zasługuje na zauważenie i docenienie w ramach swoich kategorii. Mnie jednak wydaje się przerostem formy, naddatkiem, niepotrzebnym napychaniem, żeby było jeszcze bardziej w stronę tego, co się stało nowym mainstreamem. Szkoda.
Tym bardziej szkoda, że są w tym wszystkim, gdzieś głęboko, istotne myśli, problemy, tylko jakby zabrakło pary, żeby im się przyjrzeć w sposób, który mógłby cokolwiek poruszyć.



sobota, 31 marca 2018

wiersze najbardziej dla siebie, czyli taka to kreacja co się kryguje

Tytuł odczytywany całkiem, prawdopodobnie, słusznie zupełnie wprost - "Wiersze dla kolegów", bo prawie wszystkie kolegom dedykowane, prawie wszystkie środowiskowe, intertekstualne, metatekstowe. Albo odczytywany jak hipertekst, bo przecież oczywista lista antenatów. Bo przecież taki Foks (nie przegap, że wydawca!) i "Wiersze o fryzjerach". Przecież, narzucający właściwie swą oczywistość Brulion.

Tytuł jak wędka, która zawsze łapie i jednocześnie jak pozorny strzał w stopę. Pozorny, bo przecież świadomy i z premedytacją, więc zmiatający wszystkich malkontentów i maruderów. Chwyt znany od lat: nie możesz obśmiać we mnie tego, z czego sam ironizuję. I od lat skuteczny.

Podobnie zresztą traktuje poeta "klasyczne ornamenty" swojej poezji - o ile wolno mówić w ten sposób o autorze zaledwie trzech nieprzesadnie opasłych książek (i arkusza! a zatem, jak woli twórca: trzech i pół) Autoironicznie obśmiewa użycie boga/Boga i orgazmów/seksu, wytrącając tym samym broń krytyce.
Można to oczywiście chwalić. W kategoriach gry z odbiorcą, zwłaszcza w dobie poetyckich pamiętniczków i quasi-pamiętniczków wygląda to przecież ciekawie i zawsze wypada świeżo, nawet jeśli takie nie jest. Nie ujmuje to jednak nic z asekuracji. Samoświadomość  i korzystanie z jej darów bywa wszak częściej, zarówno w literaturze, jak i w życiu, drogą do asekuracji niż całkowitej wolności.

Autor od debiutu eksploruje ścieżkę, że się tak wyrażę na potrzeby chwili,  wieloznacznej potoczności i piętrowych aluzji. Prowadzi czytelnika prawie że na smyczy języka, udając niewinne i zupełnie naturalne opowieści. Od początku próbuje zamazać granicę między brakiem, a nadmiarem punktów odniesienia, co przecież w efekcie sprowadza się do tego samego. Od początku otwiera możliwie wiele interpretacyjnych ścieżek, sugerując delikatnie (tak się przynajmniej niżej podpisanej wydaje), że za wiodącą należy obrać tę oznakowaną macho, jednocześnie stawiając tyle bramek i lusterek, żeby nie było nawet cienia szansy, by stwierdzić, że to ta właściwa (podobną technikę stosuje, zwłaszcza w "Latakii" i "Nadjeżdża" Szymon Słomczyński, a momentami w niektórych wierszach Bohdan Zadura). Wreszcie: od początku nawiązaniami "wysokimi" [Biblia, czy inne teksty kultury] pozornie zasłania to, co jawi się (i jaskrawi dla wprawnego oka) jako ważniejsze, a cytaty i kryptocytaty miesza z wyznaniami i wątkami autobiograficznymi.
Ale marzy mi się jednak odrzucenie tego całego środowiskowego bagienka. Czy naprawdę ta śmieszna postmoderna ma się sprowadzać do tego, że muszę znać wszystkich z nazwiska i z wierszy? Ten wąż już dawno zjadł swój ogon i ile ta szopka może jeszcze trwać?

Nie o to chodzi, co wiesz, ale kogo znasz" to fraza reklamująca portal Linkedin. Czy koniecznie trzeba to sobie przenosić do książek, okopując podmiot w środowisku tak bardzo, że nie widać już prawie (!!!)  nic poza tym? Czy na pewno takie rozrachunki z odbiorcą są konieczne? Nakierowanie na wyłapywanie echa poprzedników to chyba nie do końca najlepsze podejście jako pierwszy kontakt. Nie lepiej poszukiwać kontekstów, kiedy zbadamy dany utwór autonomicznie? Oczywiście, że nie pozbędziemy się bagażu (lekturowych doświadczeń), ale czyż amnezja lub zwyczajne otępienie nie bywają odświeżające i nie otwierają nowych, nierzadko lepszych/ciekawszych dróg?

John Berrymann powiedział kiedyś, że przestał recenzować młodoliterackie tomiki, bo wszystkich zna nie tylko z wierszy i nazwiska, ale po prostu z większością albo się przyjaźni, albo zwyczajnie pił, a recenzowanie kolegów jest jednak nieuczciwe. A cytować i wysuwać aluzje? Okopywać się w znajomych - to lepiej?
To nie konteksty robią wierszom dobrą robotę. To te wiersze same sobie robią dobrze poprzez konteksty.  Przecież te wszystkie sztuczki i gry są same sobie i dla własnej satysfakcji,nikogo i niczego nie potrzebując. No, jeszcze oczywiście kilku(nastu) kolegom, bo przecież zawsze miło jest dostać dedyk, prawda? Innym wysyłają pstryczka, grają na nosie. Nawet jeśli lub właśnie zwłaszcza dlatego, że te pstryczki udają, pod nimi chowają jakieś tam ważne treści i wiadomości.

Gawin od lat buduje kreacje swojego podmiotu i języka na przewrotności. Tym razem zabrakło mu jednak wywrotowości. Siły sprawczej w frazach, o których nie wiesz już, czy są ([między]literacką? czystą - szczerą?) kpiną, czy jednak wyznaniem (przyznaniem się - do czego? kogo?).
Niby to nie wiemy, czy wersy:

Tyle że na haczyk już się dałaś złapać,
teraz tylko cię rozpieszczam
różnymi przynętami.
[Odwilż styczniowa]

są autorecenzją, czy jednak erotykiem. Niby. Bo to wszystko jednak bezpieczne. Wykonceptowane. Trochę jak trasa auta głowy państwa, która to głowa ma zobaczyć "prawdziwy lud". Lud, którego uczy się wcześniej formuły powitań.
Najbardziej to irytuje bodaj w grach z brzmieniem. Wszystkie aliteracje, echolalie itd, są tak starannie dobrane i rozrysowane, żeby zawsze brzmiały naturalnie i swobodnie. Właśnie dlatego nie brzmią. Ta konwencja podawania na tacy zaczyna jednak męczyć, bo ileż razy można podważać system w ramach działań wewnątrzystemowych?

Mimo całej feerii narracyjnych zwrotów, brakuje mi w tej książce ruchu, mocy, siły.
To jest wszystko ładnie ułożone, dobrze zbudowane, a jednocześnie (pozornie!) złośliwe, (auto)ironiczne w taki inteligencki sposób, że aż momentami ma się wrażenie, że ktoś tu odmówił czytelnikowi polotu, przelatując [się z nim/go] (sic!) w najłatwiejszy z możliwych sposobów.

Oczywiście, że powyższe odczytanie jest najprostszym i najbanalniejszym z możliwych. Oczywiście, że możne je podsumować jak bezowocne poszukiwania [przed tym też się autor asekuruje! s.54] Skoro tak się rzuca w oczy i przykrywa, to pewnie nie jest tym właściwym (o ile, oczywiście, możemy mówić o właściwym w nieakademickim odczycie literatury). Okej, humor, riposty na rzeczywistość i jej pomstowanie. Ale odrzućmy te wszystkie ozdobniki, jak odrzucamy kolegów. Zostawmy zatem WIERSZE.
Można zdania podmiotu brać zupełnie serio, a przesterowane zgłoski nie jak gry literackie, ale jako swoistą erratę do świata. Oczywiście. Tym smutniej jednak, bo wtedy okazuje się, że ten podmiot niewiele nam mówi ponadto, co sami wiemy: kreuje się na, paradoksalnie, nieco melancholijnego hedonistę, co to z niejednego pieca chleb jadł. Tym smutniej, bo po odrzuceniu "śniegu" (kontekstów i konceptów),  chodnik dalej jest zapyziały - zostaje nam boleśnie niewiele. Ten na poły ironiczny, na poły szczery (ale nie ateistyczny,  jeśli już w tę stronę, to raczej agnostyczny) brak Boga, te opowieści o ludziach, którzy robią wszystko tak samo i po kolei [s.13]. Albo opowiadać o problemach w drugiej osobie, bo nie patrzysz wyżej [s.23], metafizyka kontaktów fizycznych, świadomość własnej niemoty i niemocy słów. Odczyt taki zatem praktycznie nic by nie zmienił. Jeśli założymy, że pod maską cytatów i kryptocytatów, osoba mówiąca (nie autor!) mówi wprost i do kości szczerze, nie wiem, czy chce tego słuchać. Z całym szacunkiem do podmiotu, oczywiście.

Co zostaje zatem po odrapaniu z prowokacji? Chęć... prowokacji. Prowokowanie i prowadzenie do dyskusji, niezgody. Najciekawszym, co sobie wyczytuje z tych tekstów, jest świadomość, jak bardzo nudne i ograniczające jest wszelkie poplecznictwo i przytakiwanie i że to niezgoda i dyskusja prowadzą do prawdziwych konkretów ["Mięśnie Hegla", s. 29, czy "Jedzmy, nikt nie szczeka", s. 68]. Problem jedynie w tym, że potencjał pozostaje potencjałem i nie przeradza się w żadną energię kinetyczną. Wierzyć więc na słowo rzucone jak kość psu? Tfu! Nie, dziękuję. Brakuje mi w tym wszystkim jednak konkretu, odwagi. Wyjścia poza narcyzm podmiotu: słuchajcie mnie, bo mam do powiedzenia, że chcę być wysłuchany. Nie, Dziękuję, już i tak 99% lirycznych osobistości (i osobliwości) serwuje podobnie. Naczytałam się.
Zamiast czytać, że jest, wolałabym dostrzec, jak(i) jest. Bardzo chciałabym się wciągnąć w maszynę jego świata. Tymczasem mam dziwne wrażenie, że wciągam się w świat, który mówi językami blogów i Pudelków (że się podeprę wierszem T. Dalasińskiego) i nawet nie dlatego, że to jest jego język, nie dlatego, że przed czymś się buntuje, z czymś wadzi, ale po prostu dlatego, że koniecznie chce coś powiedzieć w taki sposób, żeby być (wy)słuchanym, ale niekoniecznie jeszcze wie, o czym będzie to przemówienie. Wszystko się tu teoretycznie zgadza, powinno dziać się i działać ale jakoś nie gada, no cholera, nie gada. Może zagadane przez formę-formalinę z formułami języka, który nie umarł, bo się nie narodził?

Już ewidentnie najsłabiej wypada pseudo-w typie-Zadury miniatura "Marcin Świetlicki spotyka konfesjonał". Wciskanie aborcji i niepłodności zawsze spoko? Niestety nie. Postawy typu: o, modny temat - wypowiem się, to będzie jeszcze bardziej chwytliwe, tylko koniecznie muszę w takim tonie, żeby było niby obrazoburczo, ale żeby wszyscy się zgadzali.
U Zadury to wciąż częściej się udaje, niż nie udaje, ale tutaj mamy błyskotki zamiast błyskotliwości. Szkoda.

Podczas jakiegoś literackiego spendu młody, powiedzmy, aspirujący i wyczulony językowo poeta czytał wiersz. Wszyscy wokół - cała widownia - biliśmy brawo. Po czym wyszliśmy, nie pamiętając kompletnie, o czym ten utwór w ogóle był i po co.
Z nową książką autora "Wycieczek osobistych" dzieje się podobnie. Nie ma większej różnicy, za którym odczytem się podąży.  I to jest właśnie największa szkoda. Coś tu chyba jednak nie powinno tak być.

Albo inaczej. Jeśli wiersz jest kobietą, to "Wiersze o kolegach" poubierały się w tony swetrów. Za wiele warstw zniekształca, a nie podkreśla. Tworzy pancerz i w efekcie mało komu chce się zastanawiać, co pod spodem. Nawet jeśli te warstwy są starannie poukładane.
Może w tym wypadku zbyt starannie? Może efektowność, żeby nie powiedzieć: efekciarstwo, znów pokonało efektywność. Szkoda.

Albo jeszcze inaczej: bywa, że skupiamy się za bardzo na tym, co powstaje ze skojarzenia z tekstami, które czytamy. I z drugiej strony: skupiamy się za bardzo na tym, co powstaje ze skojarzenia z tekstem, który piszemy.

Piotr Gajda nazywa tę książkę bulwersującą (o tutaj można sobie kliknąć).  Mnie szczególnie bulwersuje, że autor "Zachodu słońca w Kurwidołach" poszedł jednak na łatwiznę. Przejęzyczenia i przesterowania są tutaj jedynie, inteligentnymi przyznajmy, powtarzanym i wyreżyserowanym puszczaniem oka, które sili się na naturalność i swobodę. Dla mnie to za mało.

"Wiersze dla kolegów" to dowód talentu, intelektu, słuchu językowego, samoświadomości autora (pod względem literackim i każdym innym). A przy tym wszystkim świadectwo zmarnowania tego wszystkiego. Samozachwyt i efekciarstwo. Autor udowodnił, że umie już praktycznie wszystko w obrębie wiersza współczesnego i że niewątpliwie sprawiają mu te wiersze frajdę. Szkoda tylko, że ta przyjemność jakoś mi się tym razem nie udziela.

Czyżby  literackie złote dziecko powiedzenia: "zdolny, ale mu się nie chce"? Wie już jak pisać, żeby zawsze było dobrze, chwytliwie, sprawnie. Tyle tylko, że tym razem nie zostaje z tego nic ważnego dla czytelnika, który zmęczony jest już tymi komunałami, że wszystko jest kontekstowe.W tej książce dzieje się tak dużo, że już nic mnie nie porywa, nic nie wciąga i nic nie zastanawia, choć nie czuję przecież ani przeładowania narracją, ani przemęczenia formą, bo jak można zmęczyć się czymś na wskroś optymalnym i bezpiecznym podanym razy czterdzieści cztery, co udaje hologram diabelskiego młynu, ale zawsze tylko hologram i zawsze tylko udaje?

Mocniej, Rafał. Głębiej. Śmielej. Nie śmiej się. Uśmierz sobie. Bo usnę zanim uśniesz.





niedziela, 25 marca 2018

Co jest w człowieku dobre?

To kpina, że każda poezja jest zaangażowana. Nawet jeśli piewcy wierszy politycznych [lub jak wolą niektórzy: historycznych, społecznych] sprzedają ten frazes jako prawdę objawioną. Taka modna teraz (i zawsze, od wieków i na wieku wieków - niestety) poezja polityczna jest tylko pozornie zaangażowana. Lub też: próbuje być zaangażowana, to zaangażowanie pozoruje, pozuje na nie.
 To niestety, jak wiemy, nie takie proste. Powody są, jak zwykle, banalne i rozrzucone po obu stronach barykady. Ile już było branżowych żartów, o tym piszących czytają sami piszący i to tylko wtedy, kiedy liczą na wspólną picie lub łóżko (co najmniej recenzję w kwartalniku albo wspólne czytanie na jakiejś imprezie)? Pewnie tak samo dużo, jak szeroki jest zalew tekstami, które po prostu nie mają żadnego rozrusznika, więc nie mogą w nikogo wjechać.
Prawdziwie, realnie, wymiernie zaangażowana literatura, bo przecież nie tylko poezja,  to taka, która angażuje kogoś poza samym autorem, jego rodzicami i ewentualni redaktorem tomu. Prawdziwie zaangażowana literatura to nie taka, która wtrynia nos w kwestie aktualnie ważkie na zasadzie: "modne/chwytliwe, to się wypowiem". To nie taka, która swoją rolę sprowadza do obrazoburczości albo agitki za partią/formacją/frakcją (nie)rządzącą. 
Łatwo powiedzieć: wszystko jest polityczne, a wszystko, co polityczne, jest zaangażowane. Łatwo powiedzieć, że Zenek czy inna Zosia jasno staje po jakiejś stronie, a przynajmniej coś tam gdzieś tam sugeruje, więc jej twórczość z całą pewnością jest zaangażowana. Wpiszmy zatem Zenka i Zosię w nurt, będziemy wtedy mieli o czym pisać. I gdzieś w takiej optyce stoi nowa książka poetycka Ilony Witkowskiej.
Więc łatka-pułapka. Bezpieczna chatka, bo ha!art, bo prowokacja w tytule zbioru. A przede wszystkim: bo wegetarianka, bo aktywistka, bo  ze środowiska lewicowego, więc łatwe: Ilona Witkowska pisze wiersze zaangażowane i na tym najlepiej skończmy wszelkie recenzje. No, jeszcze może dodajmy, że krótkie i że wygrała Silesiusa za debiut, więc to jest ta wreszcie oficjalnie klepnięta poezja. Do tego miała tego głośnego męża i jeszcze głośniejsze, publiczne afery z jego udziałem. To na pewno pomoże w analizie i interpretacji nowego tomu. Tak, z pewnością [święty sarkazm!].
Ale nie. Zaangażowana nie [tylko] politycznie czy ideowo. Przede wszystkim zaangażowana egzystencjalnie, co wypunktował już Dawid Kujawa. Metafizyka i egzystencjalizm, nawet jeśli ubrany w szatki postmodernistycznych narzędzi.
Krótkie formy idealnie wpasowują się w problematykę. Witkowska opisuje rzeczy małe, codzienne, pozornie zwykłe. Sama mówi, że wzrusza ją "pani Bożenka", która nie umie napisać pisma do urzędu.
S. Hawking mawiał, że życie byłoby tragiczne, gdyby nie fakt, że jest zabawne. Ilona wydaje się mówić: życie byłoby beznadziejnie i nijakie, gdyby nie było poruszające  i dotkliwe. Świat, w którym „Lucyfer zwycięża” nie ma jednego, nawet kolektywnego podmiotu. To zapis z kamery, której ktoś zapomniał wyłączyć po ważnym nagraniu – wywiadzie dla telewizji, czy filmiku promującym nową partię rządzącą lub inauguracja kolejnej galerii handlowej. 
Zapis rzeczy, których nikt nie chciałby nawet nagrywać, bo są słabe, błahe i nawet podrasowane niczego nie osiągną na międzynarodowym rynku. Zapis tragedii, której nie tylko nie da się uniknąć, co nawet trudno zauważyć. Życie tych bohaterów nie jest przecież tragiczne, leżą, pozornie bezpiecznie u sutka wielkiej niedźwiedzicy [ustawa o bestiach, 33]. Nie wiedzą, że są nagrywani, więc mówią o sprawach, o których przecież nie ma po co mówić głośno. Przecież „to jest w każdym domu”, „przecież nie ma się o co oburzać”. Na przykład tak:
nie mogłem spać w nocy, więc wstałem,
zjadłem ziemniaki z cebulą,
a później pieściłem twoje piersi i łono.
rozłożyłaś nóżki jak piesek;

bardzo cię kocham.

nie czuję się wygrana,
czuję się oszukana.

nie czuję się wygrana,
czuję się oszukana.

[psychodeliczna papużka]
Ich wspólnotą jest brak wspólnoty, a wyróżnikiem brak przebojowości, chociaż nie mówimy to teoretycznie o żadnych wykluczeniach. Nawet ich „cmentarze są zawsze czyste i zadbane” [głupi i jebnięty – takich nienawidzę, s. 14].
 Autorka nie podejmuje, przynajmniej nie wprost, co ostatnio takie modne, tematów jak aborcja, uchodźcy. I bardzo dobrze!  Witkowska nie musi schodzić do takich sztuczek, by działać i angażować. Choć już na przykład wpada w sidła pewnego manieryzmu, wymieniając kataklizmy polskie: biedronki, chwilówki [jemy granaty, s. 14]. O wiele ciekawiej i celniej wybrzmiewają w tym tomie rejestry bardziej liryczne. Jak na przykład tutaj:

kiedy spędzasz większość czasu trzy lata świetlne od siebie
albo gubisz w sobie, to co masz?
chuja masz.

a chciałabyś, oczywiście, wszystko.
więc usuwasz się, bo po twojej twarzy
widać.

[odkryto czarną dziurę, która zjadła już
17 miliardów słońc, 13]

Autorka zatem nie stoi po stronie żadnej słuszności, z nikogo nie robi tyle popularnej ostatnio, co i nudnej, beki. Nikogo nie nawraca. Nie niesie transparentu jedynie słusznej prawdy. Przedstawia obraz smutny i duszny, ale bez epatowania śmiercią, buntem, biedą, aborcją, czy nośnymi cytatami. W świecie tego tomu Lucyfer zwycięża faktycznie – poprzez codzienne, drobne, pozornie niewinne sytuacje. Dlatego zwycięża naprawdę, bo trudno jest przecież walczyć z czymś, czego nie widać, a niszczy, zabiera spokój, pozostawiając jedynie poczucie oszukania i bezradność.
 Jednym razem komendant obozu lubi kwiatki i zwierzęta. Ale przecież jesteś w tym obozie, hej, tu się umiera. I ma się ogromne szczęście, jeśli umiera od kulki w głowę. Zwykle jednak jest to śmierć powolna, niezauważalna. Z wycieczenia, z bezsilności. Poprzedzona całkowitą utratą konstytutywnych dla siebie spraw i praw. Ale przecież komendant lubi kwiatki i zwierzęta. Nie jest taki zły, w zasadzie to jest nawet miły i uśmiechnięty.
Kiedy indziej ta bezradność, niemożność wpływania na rzeczy ważne, prowadzi do jakże zgubnego wniosku, że skoro jest źle, to może powinniśmy się już całkiem zamknąć w sobie, zatopić w „czarnej kropli nieskończoności”.  A potem otrzeźwienie, że przecież to nic nie da. Że to larum byłoby puste i zbędne. Jak tutaj:
[…]
my tu się śmiejemy, oni tam umierają.

więc co? mamy się nie śmiać?
kiedy się nie śmiejemy, to też umierają.

[kółko graniaste]

Aż chciałoby się powiedzieć: wreszcie jakieś rozsądne, świeże spojrzenie!
 Czasem jednak, w moim odczuciu, idzie poetka odrobinę za daleko. Seans wyciętych kadrów staje się odrobinę przydługi i nieco traci na mocy, kiedy widzimy scenki żywcem wyciągnięte z prasy brukowej [np. mama Oli, s.30]. Tom, przy całej swojej uważności i lakoniczności, wybrzmiewa wystarczająco mocno bez takich zagrywek. Nie potrzeba mówić wprost: patrz, to jest pani Bożenka z Pcimia Dolnego, żeby pani Bożenka poruszała i zastanawiała.
W zdecydowanej większości jednak Witkowska nie narzuca optyki. Pokazuje obrazy, nie narzucając interpretacji. Sugeruje pole znaczeniowe, które jednak pozostaje, co cenne, jedną z możliwości. Nie pcha się przed szereg, nie popadając jednocześnie w płytki relatywizm. Tom „Lucyfer zwycięża” trafia tam, gdzie ma trafiać, a nie tam, gdzie założył sobie, że trafi. Pokazuje i patrzy.
Zastanawia mnie też zasadność powtórzenia wiersza „psia poduszka” [s.9] – bodaj najbardziej znanego wiersza pochodzącego z debiutu poetyckiego poetki. Co prawda, wpasowuję się idealnie w klimat nowych wierszy, ale czy to nowe faktycznie rzuca inne światło? Kwestia sporna.
W każdym razie warto było czekać na nowy tom. Tom, który  i tym razem nie zostawia żadnych odpowiedzi [i bardzo dobrze!], ale zostawia z pytaniem:  co jest w człowieku dobre? [nieplanowany postój w ustronnym miejscu, s. 38]. Boję się zastanawiać. Z pewnością jednak to są właśnie dobre wiersze. I całe szczęście, że niezaangażowane (w tani sposób), a angażujące.

środa, 28 lutego 2018

antypean dla Osieckiej?

Unikam blerpów na książkach poetyckich. Większość z nich i tak nie zostawia żadnych tropów, część wręcz zaciemnia zapalane przez poetów żarówki. Niektóre są nawet odstraszające, co przecież całkowicie przekreśla ich zasadność.Zdarza się jednak, że notki na okładkach czytam po lekturze zawartości.

I tak było między innymi przy "Pozdrowieniach ze świata"  -- trzeciej książce Dominiki Dymińskiej. Autorka została tam na przykład przyrównana do Agnieszki Osieckiej z kartą Visa. Że liryczny dziennik? Że ckliwość ubrana w jakiś tam rytm i aktualne tematy medialne? No, w tym względzie się zgadzam. I jednocześnie muszę dodać, że powyższe porównanie mogłoby uchodzić za całą krytykę negatywną książki. Być może dlatego też nie doczekała się ona szerszych omówień (na jednym z blogów zamiast recenzji impresja o postaci autorki(/podmiotki?), na innym wywiad i kilka, raczej niepochlebnych wzmianek przy podsumowaniach literackiego roku 2017.
Ale stop. Przecież:  A. hej, to jest blerp, to ma być pochwała; przecież uwielbiałam kiedyś Osiecką.

Sęk w tym, że prawdziwa Osiecka owszem, podobnie jak autorka "Mięsa" uprawiała konfesję podmiotu, będąc piewcą prostoty i nazywania rzeczy wprost. Również pisała o tym, jak wydaje jej się, że jest. Umiała jednak odcedzić konwencję lirycznego pamiętnika, która przy całej swojej codzienności tematycznej, całej swojej zwykłości, dotykała jednak spraw uniwersalnych i jeśli nie wiecznie aktualnych, do samouaktualniających się, a jeśli już uderzała w efemeryczne tony (a robiła to, przyznajmy, nie tak znowu rzadko), od zwykłego dziennika, którego jedyną wartością są tylko niepoukładane i niestety niewiele wnoszące do życia postronnych czytelników emocje.
Język Osieckiej, mimo (pozoru?) lekkości, był wartością samą w sobie, prowadząc odbiorcę w różne meandry estetyki, zawsze jednak pozostawiając pewności braku zbędności. Każde słowo, nawet największy potocyzm, zdrobnienie czy rozwlekłość narracyjna są tam uzasadnione.
U Dymińskiej nie jest z tym jednak tak różowo.

Podmiotka tych wierszy oscyluje niebezpiecznie blisko bohaterki debiutanckiej powieści autorki - "Mięsa". Tym razem jednak jest mniej rozedrgana, mniej śmiała, a bardziej, zwyczajnie (!!!) i, biorąc pod uwagę aktualne, że tak powiem, mody polskiej poezji "angażującej się", banalnie wkurzona.

Czy jednak ten hołubiony przez młodych twórców (ostatnio głównie lewicujących), wystarcza?
Ano niestety nie. Bo niestety nie działa. Brzmi nawet momentami nieco groteskowo. Jakby osoba mówiąca w tych wierszach krzyczała tylko po to, by być wysłuchana, tylko po to, by jakkolwiek wypowiedzieć się na ważne tematy. I nie, nie sugeruje tutaj autorce (!) sztuczności.
Pragnę zauważyć jednak, że to dość łatwy chwyt w sytuacji młodopoetyckiej i okołopolitycznej, jaką mamy obecnie, podnosić tematy aborcji, czarnego protestu, molestowania. Na Facebooku przecież chwyta, chwyci zapewne i w książce.

Niektórych pewnie tak. Mnie zupełnie nie przekonuje. Wynurzenia podmiotki, o ile w niektórych miejscach nawet błyskotliwe, ogólnie ani nie rzucają nowego światła na wałkowane sprawy, ani nie dotykają ich sedna, zamykając się na jednostkowości doświadczenia, na własnym ja.

I można by powiedzieć: no i dobrze! Przecież tym właśnie stoi poezja konfesyjna od lat. No, stoi. I można by z tego też wysnuć opowieść, ale to "ja" nie jest nawet w żaden sposób obnażone, w żaden sposób prowokacyjne, walczące, silne, wyraziste.
Mimo całego, podanego tak bardzo wprost, wkurwu, kończy się jednak prześlizgiwaniem po tematach. Samo tupanie nóżkami nie jest jeszcze wyrzucaniem z siebie niezgody. Nie jest aktem sprzeciwu, walki. Raczej widziałabym w tym próbę pokazania (samemu sobie?), że ma się przecież jakiś głos i że chciałoby się, by został wysłuchany. Próba mikrofonu zanim jeszcze napisało się przemówienie lub włączenie się do sporu w momencie, gdy nie stanęło się jeszcze po żadnej ze stron, ale koniecznie chce się mieć udział w dyskusji.

Znowu stop. Bo przecież teoretycznie podmiotka jasno i konkretnie opowiada się po "jedynie słusznej stronie". Broni swojej niepodległości. Nazywa emocje i sytuacje. Tylko teoretycznie, ponieważ brakuje w tym wszystkim siły sprawczej, brakuje ognia, brakuje pewności siebie i jakiegoś punktu zaczepienia.

Przede wszystkim brakuje mi w tym konkretu.  Nie ma w tym mocy z rodzaju: "wszyscy to w jakiś sposób czujemy", próżno szukać też, przy całym tym jednostkowym doświadczeniu, które mogłoby być przecież siłą napędową, jakiegokolwiek wyróżnika. Po prostu wynurzenia bez większego ładu.
Padają tam głównie słowa, które wszyscy mówią czy myślą, nie przywiązując do nich jednak żadnej wagi, bo po prostu niewiele one zmieniają w czymkolwiek, nie mówiąc już o życiu. W skrócie: mówi się, że ze wszystkiego można zrobić wiersz. Takim samym truizmem jest, że nie ze wszystkiego warto. Po prostu. Błyskotliwe i konstytutywne frazy zostają tu niestety zagadane. To przez słowotok, innym razem przez zwykłe mizdrzenie się do czytelnika i dość jednak, przykro mi, tanie chwyty.
A szkoda. Bo jest w tym wszystkim w dalszym ciągu, wyczuwalny już w "Mięsie" słuch językowy, jest werwa - może tylko w dalszym ciągu zbyt młodzieńcza, nastoletnia, prosta. Za bardzo opatrzona schematem: chciałabym, ale nie wiem jak, chciałabym, chociaż nie wiem, po co.





Starsze teksty