środa, 18 kwietnia 2012

Lubię mieć w ustach takie wiersze

Z książkami poetyckimi mam... niemało kłopotów. Choćby klasyfikacja. Wiadomo, można akademicko: jest poezja ośmielonej wyobraźni, (neo)lingwizm, politycznie zaangażowana... Można by tak wymieniać i wymieniać, ale może warto spojrzeć na sprawę pod innym kątem? Może zatem aspekt maniakalno-zbieracki: są książki wydane w a4, a5 i jeszcze mniejsze. Kupione, otrzymane od znajomych, pochodzące z wymiany. Wreszcie znalezione (!) i wydębione od autorów (te lubię najbardziej, jeśli ktoś zna miejsce pobytu kolejnych, potencjalnych pozycji do kolekcji, proszę o sygnał). A może kontekst czytelniczy i... po prostu ludzki? Jak zapewne każdy, mam w domu książki, z którymi się zaprzyjaźniłam, ale na półce stoją również ezgzemplarze przeczytane tylko raz. Bez szansy powrotu. Powodów może być tysiąc... Niestety ogromna większość trafiających do moich rąk tomików okazuje się zwyczajnie... nijaka. O tego rodzaju zbiorach mało komu chce się mówić. I nic dziwnego, ale skąd właściwie inny czytelnik ma wiedzieć, że wiersze są do bólu nudne i ciągną się jak kilkunastometrowa plama oleju na szosie. Dlaczego nie ostrzec współplemieńców? W końcu czytelniczy klan nie jest znowu taki duży, więc wypadałoby się choć trochę wspierać, prawda?

Ostrzeganie to jedna sprawa. A co z książkami, które warto polecić, ale nikt nie garnie się do tego zadania? Lwia część recenzji niszowych wydawnictw to teksty pisane przez i dla kolegów. Trochę na zasadzie: „lubię cię, więc pochwalę twoją książkę’’. I może trochę według schematu: „czytam tylko znajomych, więc o czym mam pisać?”.

Na szczęście zdarzają się (coraz częstsze) wyjątki i więcej poezji spoza głównego nurtu trafia w ręce chętnego recenzenta. Jednak ciągle tego za mało. Nawet nagradzane książki przechodzą bez większego echa, bo... za mało mówiło się o nich publicznie. Za mało napisało się recenzji, notatek etc. Do tego dochodzą braki na innych duktach promocji (np. zbyt rzadkie i za słabo reklamowane spotkania autorskie). W efekcie o wiele mniej czytelnikow trafia na książkę. O wiele mniej osób o niej słyszy. A szkoda. Jest przecież tyle autorek i autorów, którzy naprawdę mają pomysł na siebie i swoją twórczość. Którzy mają do powiedzenia coś więcej poza ograną formą poetyckiej autopromocji.

Jednym z takich niedoceniach, aczkolwiek wartościowych zbiorów wierszy jest wydana jako nagroda grand prix w ogólnopolskim konkursie  im.  A. Krzyckiego z 2010 roku debiutancka książka Agnieszki Gałązki pod niecodziennym tytułem „Lubię być w twoich ustach”. Bardzo wprost, taki zabieg może mierzić, nawet irytować. I dobrze! Jeśli drażni, to znaczy, że działa. W pierwszej chwilii skojrzył mi się tytuł innego, również niszowego (wydanego nakładem autora!) projektu z 1995 – „Buntuję się w twoich ustach” J. P. Krasnodębskiego z 1995 roku. Z treści obu książek oraz okoliczności ich wydania wnioskuję, że to przypadkowa zbieżność. Mimo wszystko odkrywa coś ciekawego. Otóż u katowickiego pisarza tytuł faktycznie jest pewnego rodzaju kawanaławizmem. Uderzeniem tak bezpośrednim, że wręcz przewidywalnym. Przekaz jest jasny i dosłowny, a jego semantyka odpowiada treści – w dużej mierze erotycznych – wierszy. U Gałązki sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Gros poetów po prostu kopiuję tytuł jednego (ich/redaktora zdaniem, powiedzmy, najważniejszego) tekstu i sprawę nazewnictwa ma odbębnioną. Do tej grupy również nie można zaliczyć Agnieszki. Zdanie „lubię być w twoich ustach” to fraza z wiersza (z listów od do, str. 10-11), ale przede wszystkim krótki manifest podmiotu lirycznego, który za nic ma konwenanse. Nie ucieka się do ukrywania emocji za zasłoną z okrągłych słów i ładnie brzmiących metafor. Bohaterk/ka tych wierszy jest bezpośrednia i zdystansowana do siebie oraz świata. Daleko jej do postawy kruchej istotki. Od tego wszystkiego woli autoironię i spokojne naigrywanie się z zafałszowanego otoczenia.

Podmiot odżegnuje się od stereotypów płci. Co ciekawe: nie tylko poprzez mocne, jednoznaczne frazy. W toku wypowiedzi wyraźny jest głos używający męskiej formy gramatycznej. W puencie przewrotnego wiersza „z dzieciakiem trzeba krótko” zdradza: dla ich dobra/ udaję że jestem mężczyzną. „Oni” to właśnie środowisko, ludzie z otoczenia. Często zapatrzeni w siebie i swoje jedyne, słuszne racje. Podmiot nie chce bawić się w tę grę, ale nie traci też czasu na jałową walkę. Staje w opozycji, jakby mówił, że przecież bycie człowiekiem okazuje się najistotniejsze. Nie rodzaj gramatyczny czy wymiary, ale właśnie bycie człowiekiem. W tych wierszach przede wszystkim widać obraz człowieka. Nieufnego, ale ciekawego świata i siebie. Spostrzegawczego i czułego, choć momentami bardzo nieufnego. 

Interesująco przedstawia się również metatekstowy aspekt pisania autorki. Agnieszka rozprawia się z mitem poety-wieszcza, który ma naprawiać świat, kierować ludzi na dobrą drogę. Przyznaję, że momentami robi to bardzo ryzykownie. Stoi na granicy. I dobrze! Na pierwszy rzut oka to zgrabne, dobrze ułożone (pod linijkę?) zdania. Wiersze przede wszystkim  spójne językowo i konstrukcyjnie. Oddalone od – bez przerwy eksploatowanego – tematu śmierci. 

A co z nich zapamiętam?
Kilka zmyślnych, literackich kruczków. Rzadko spotykany wśród ostatnio czytanych przeze mnie wierszy brak monotonii i utyskiwania na świat. Przede wszystkim istotne jest, że debiut Gałązki nie jest ani krwisty, ani buntowniczy. Kieruje uwagę na osobę autora, choćby przez powracający motyw poety, zmyślania siebie. Ale to nie jest nachalny sposób skupiania uwagi. Przeciwnie: dzieje się naturalnie, jakby mimochodem. Może za sprawą układu tekstów, może z wielu innych powodów... To nie jest typowe dla debiutantów „pisanie z bebechów”. Raczej z serca i z głowy, a przy tym inteligentne i dalekie od czułostkowości (której wszak rownież mnóstwo we współczesnej poezji). Agnieszka nie wpisuje się w schemat rozchełstanych emocji, wiecznego bólu, utraty czy choroby, a to przecież (niestety!) najczęściej uczęszczana przez początkujących droga.

Wyróżnia się zatem na tle pierwszych w dorobku tomików. Nie można jednak traktować książki inaczej niz inne tylko dlatego, że autor nie wydał wcześniej niczego innego. Bywają poeci, którzy nawet przy piątej książce nie osiągnęli wyróżniającego, rozpoznawalnego stylu. Dykcja autorki „Lubię być w twoich ustach” jest skonkretyzowana już teraz. Mam nadzieję, że niebawem stanie się również rozpoznawalna w szerszym gronie. Z pewnością jest tego warta. Tomik otrzymał pierwsze miejsce w konkursie „Złoty środek poezji”  2010 na debiut roku. I słusznie! Oby na polskim rynku wydawniczym pojawiało się więcej takich książek: interesujących, ekspresyjnych i przede wszystkim osobnych.

Agnieszka Gałązka, „Lubię być w twoich ustach”, Prymasowskie Wydawnictwo Gaudentinum, 2010


sobota, 14 kwietnia 2012

"odgrzewany" Chłód czy wspólna emocjonalna lodówka?

Wszelkiego typu konkursy literackie wprawiają mnie w stan... konsternacji. „Konkurs literacki”. Wyścig. Nie, to się jakoś nie klei, nie broni. Zwłaszcza, jeśli chodzi o konkurs poetycki. Dobra literatura powinna „sprzedać” się sama. Z drugiej strony są przecież odwieczne  prawa rynku, kłopoty z zaistnieniem w środowisku etc. W ogólnym rozrachunku bilans jest pozytywny, bo jakby nie patrzeć czytelnik dostaje tekst najlepszy z iluś proponowanych, a więc potencjalnych pozycji do przeczytania. Najlepszy według jurorów. Oczywiście może być też tak, że ów „najlepszy” wcale nie jest dobry, ale coś przecież wypada wybrać i wyróżnić. Niewątpliwie jest to szansa dla autorów, więc dlaczego mieliby z niej nie skorzystać? 

Arcyciekawie wygląda kwestia jednego z najsławniejszych (niech będzie: prestiżowych) konkursów – imienia Jacka Bierezina. Lwia część dotychczasowych laureatów, mówiąc kolokwialnie, mocno namieszała w środowisku. Krzysztof Siwczyk, Marta Podgórnik, Edward Pasewicz... że zatrzymam się tylko na tych najwcześniejszych... Ostatnio, zdaje się, Bierezinowa gwiazda lekko przygasła. Zwyciężczynią edycji 2011 została młoda Urszula Kulbacka. Do dzisiaj tomik jeszcze nie ukazał się drukiem,  z refleksją należy się jeszcze wstrzymać. O wiele więcej można powiedzieć o laureatach lat poprzednich. W 2010 r. Wyróżniony został zbiór wierszy STAN Justyny Krawiec, a w efekcie do rąk czytelniczych trafił tom Chłód wydany i sprzedawany wraz z czasopismem Arterie (nr. 11).

Dosyć jednoznaczny tytuł. I faktycznie... już od samej , do granic możliwości minimalistycznej, okładki wieje chłodem. A co kryje się wewnątrz okładek?

Na początek muszę zwrócić uwagę na ostatnie strony. Niestety ktoś nie dopilnował swojej pracy, a w efekcie dwa ostatnie wiersze oraz spis treści prezentują się czytelnikowi... dwa razy. Natomiast notka biograficzna aż trzy. Błędy w druku (mam nadzieję, że nie przy składaniu) to oczywiście drobnostka. Jakże irytująca drobnostka! Chyba nikt nie lubi być traktowany niepoważnie, a właśnie tak to teraz wygląda. Cóż, trudno. Stało się. Wszak najistotniejsza jest treść, a nie układ stron, prawda?

W wierszu otwierającym autorka odkrywa przed czytelnikiem literacką samoświadomość, jednocześnie odsłaniając właściwie wszystkie powracające później klimaty i motywy:


„napisać wiersz rwący się jak oddech, który dotrze do ciebie
i porwie wbrew nurtowi. żebyś mógł płynąć tylko wstecz,
do tamtego źródła, gdzie zapamiętasz jedną ziemię, niebo,
świat.

moje palce są szorskie. w skórze mieszka zima i krzyżuje mi szyki,
(...)
plamy są cieplejsze i wyrastają z nich kwiaty.

moj świat jest niebieski i nie pamiętam w nim bólu.
nie poznaję go, gdy przychodzi cicho jak kot i opiera łapy
o nagie kolana. nie poznaję już niczego,
(...)
rzeka nie dosięga cię. niebo rodzi deszcz,
który rozbija skrzydła ptakom. Ale wiersz nie rwie się,
niczego nie zatyka. Odbijasz się od brzegu
jak łódka. Kręcisz w kółko, a z tobą świat.”
[Krew wypływa zawsze z lewej strony, str. 7]

Mamy tu metaliteracki manewr plus coś w stylu pogaduch w poezji. Trudno mi ten tekst (i większość pozostałych) określić zwyczajnie silną, rozbudowaną narracją. Właśnie słowo „pogaduchy” wydaje się tu kluczowe. Istotne. Zatem: jakiego typu pogaduchy? Pisane krwią zwierzenia? Plotki z życia miasta? Pamiętnik z oswajania zastanej rzeczywistości?
Pewnie wszystkiego po trochu. Dzięki spójności i przenikającym się konkretom opowiadana historia staje się na swój sposób przekonywująca. Zamiłowanie Justyny do długich wersów i braki tytułów (trzy wiersze zostały nazwane po prostu Bez tytułu) i permanentny smutek podmiotu składają się na obrazową i sugestywną opowieść, w której niezaprzeczalnie jest jakiś urok. Coś, co sprawia, że czytanie Chłodu jako całości skłania do przyjrzenia się wierszom jako autonomicznym bytom.

Właściwie najpoważniejszy zarzut, jaki mogę wysunąć przeciwko tej książce, to brak świeżości spojrzenia. Niestety. Sposób frazowania i użyte rekwizyty często przypominają wersy zupełnie innych wierszy, jak choćby tu:

„pies, który we mnie mieszka, nie wie, że nie wrócisz”
[Pies, str. 15]
i tu:
„człowiek, który śni mój sen, wie, że piekło (...)”
 [Którego szukam, str. 29]

W żadnym wypadku nie chcę powiedzieć, że wykorzystanie dwa razy tego samego „chwytu” wypada negatywnie. Przeciwnie: mogłoby jeszcze bardziej zespoić kolejne teksty. Jednak cała ta konstrukcja niebezpiecznie przypomina wiersz innego twórcy:

„Ten człowiek, który we mnie mieszka,
Jest obrażony i blady.(...)”
[Ten człowiek, Sławomir Elsner, Antypody, str. 35]

Momentami wiersze Krawiec idą tropem wcześniejszej laureatki konkursu im. J. Bierezina – Magdy Gałkowskiej. Przykładów można by znaleźc co najmniej kilka: jak choćby motyw ryby czy odebrania słów (u  autorki Fabryki tanich butów zabrania mowy). Wniosek? Czyżby debiutancka książka Justyny była dowodem naśladownictwa? Wbrew pozorom raczej nie. Jeśli nawet, to pewnie nieświadomego, przypadkowego. Wspólne klimaty to jeszcze nie plagiat, jeszcze nie kopia. Pewne emocje podane w konkretny, zbliżony sposób (u Gałkowskiej bardziej  dosadny, a w tomie Elsnera znacznie mocniej skondensowany). To po prostu kolejny tom o skrajnie pesymistycznej konstrukcji. Momentami wchodzący na grunt utyskiwania na świat. Kolejne zimne, sprawne wiersze. Nie można jednak zaprzeczyć, że słówko „kolejne” jest tu bardzo istotne. Ta biała, chłodna książka przyciąga do siebie czytelnika. Na chwilę go nawet zatrzymuje.  Co dalej?
Jakkolwiek nazwać „dalej” wystarczyło na nagrodę. Teraz jednak Chłód egzystuje poza konkursem. Otrzymał swoje niezależne jestestwo. Dla mnie niewystarczająco intrygujące. Niewystarczająco intensywne. Przeczytałam raz z zainteresowaniem i to mi stanowczo wystarczy. Jednak trzeba przyznać uczciwie: jak w przypadku każdego debiutu, nie można zapomnieć, że to dopiero początek twórczej drogi. Możliwe, że autorka zmieni nieco kurs swojej łodzi. Obierze bardziej indywidualny, wbijający się w pamięć i myśli kierunek. Możliwości bez wątpienia sprzyjają. Pozostaje tylko czekać na efekty.

Justyna Krawiec, Chłód, Biblioteka Arterii, 2011

piątek, 13 kwietnia 2012

Error?

Najbardziej na świecie nie lubię słowa problem. Dlaczego? Otóż jakieś dwa lata temu uświadomiłam sobie, że stanowczo nadużywam tego, bądź co bądź, wyświechtanego czasownika. Przynajmniej raz w tygodniu stwierdzałam z pełną stanowczością, iż mam problem. Zastanawiałam się, czy naprawdę jestem tak nieporadna życiowo pod każdym względem... Wreszcie doszłam do wniosku, że chyba nie, bo te wszystkie problemy zwykle udaje mi się rozwiązywać w ciągu maksymalnie jednego dnia.  
Wymyślałam zatem, że zwyczajnie zakodowałam sobie to słówko. Ta myśl, co oczywiste, nie mogła być powodem do dumy, więc przestawiałam się na inne wyrazy. W końcu język polski ma tak wiele ciekawych synonimów. Tak więc od dłuższego czasu miewam kłopoty, zagwozdki, wątpliwości, dylematy, trudności... ale ze wszelkiej miary unikałam problemów.
Aż do wczoraj. Obliczyłam sobie, że domowa biblioteczka rozstasta mi się w tempie jednej książki na dzień. Mniej więcej tyle też czytam, czyli bilans prezentuje się całkiem w porządku.
Jako nałogowy czytacz wszędzie szukam rekomendacji. Przeglądam prasę literacką, czytelnicze blogi, notki, nowości wydawnicze... Najczęściej zadawane przeze mnie pytania to: „polecisz mi jakąś książkę’’ i „co teraz czytasz”? Przechowalnia w ulubionej (czytaj: jedynej spełniającej moje elementarne wymagania, do których nie zalicza się cena produktów) księgarnii wysyłkowej pęka w szwach. Podobnie kategoria  „poszukuję” w schowku czytelniczego portalu Biblionetka. O liście obserwowanych aukcji książek nie wspomnę, żeby nikogo nie wystraszyć.
Ciągle znajduję książki, które „KONIECZNIE MUSZĘ PRZECZYTAĆ”.

Niby mogę powiedzieć: kręci się. Jednak... JEDNAK mam pewien problem. Masowo pochłaniam literki, frazy, zdania, strofy, rozdziały... a rozmawiam o nich strasznie rzadko. Ostatnio coraz rzadziej.
Jednym z powodów jest pewnie to, że strasznie nie lubię mówić/pisać w pustkę. Przede wszystkim z jakiegoś głupiego lenistwa. Dla własnego użytku klasyfikuję książki według klucza wrócę/nie wrócę. Czyżby zatem wszystkie były aż tak miałkie i jednoznaczne? Przecież nawet te z drugiej kategorii takie nie są. W końcu nie wrócę, bo:
– prozę czytam zwykle tylko raz
znudziło mnie do granic wytrzymałości
świetne, ale tylko pożyczyłam i nie mam gdzie kupić.

Te trzy opcje w żadnym wypadku nie są jednoznaczne. Zatem? Uświadomienie problemu to dopiero połowa sukcesu. Pora na działanie. Zaczynam czytelniczo-refleksyjno-recenzencki trening wytrzymałościowy, czyli, mówiąc najogólniej: postanowiłam sama sobie udowodnić, że potrafię napisać 5 tekstów o książkach w każdym tygodniu. Zaczynam od tych, o których chciałam opowiedzieć już dawno, ale zabrakło motywacji.
Pierwszy tekst: sobota, czternasty kwietnia.

Drżyjcie autorzy niskonakładowych powieści i noszowej poezji. 

wtorek, 3 kwietnia 2012

Hipnoza liter i nie taki znowu chmurny ryj na okładce



Jest. Stoi na półce. Cieszy oko. Ciąży w łapie. Przyciąga spojrzenia minimalizmem kolorów. Pachnie drukiem. Wreszcie. Doczekałam się. Wiersze składające się na trzeci tom A.R. Skowrona ChmurnoRYJność w synonimie hipnozy  znam już od dawna. Miałam możliwość podpatrywania, jak powstają, są składane, układane w całość. Wszystko za sprawą Internetu i pewnego autora, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest małomówny.  To jest zupełnie inna opowieść...

Od początku wiedziałam, że to nie będzie zwykła książka. Jakiś tam tomik wierszy, który równie dobrze można przeczytać, jak i nie przeczytać. Słowem: zbiorek podobny do wielu. Nie pomyliłam się. 110 stron to sporo jak na pojedynczy tomik wierszy. Nawet jeżeli zawiera przedmowę, posłowie i ilustracje (w tym wypadku szatą graficzną zajęła się para młodych twórcow: Natalia Majka [rysunki] i Kamil Myszkowski [fotografia otworkowa]. Zachowana w stonowanej kolorystyce okładka imituje podniszczona kartkę (kawałek pergaminu?), w centrum której umieszczono podobiznę samego autora.

Już po pierwszym spojrzeniu na mężczyznę z gitarą oraz bardzo sugestywny tytuł ma się nieodpartą ochotę zajrzenia do wierszy. Przekonania się, cóż takiego ma do zaprezentowania ten sympatycznie wyglądający człowiek. I skąd ta chmurnoryjność? Czyżby to przykład autoironii? A może rodzaj gry z czytelnikiem?  Niecierpliwe dłonie przewracają kartki... oczy przebiegają tekst króciutkiego wstępu, a może raczej mini recenzji, która to po raz kolejny zachęca do lektury zamieszczonych tekstów.

I tu zaczynąją się przysłowiowe schody. Naprawdę dziwi mnie, że autor zdecydował się na otwarcie książki tak nierównym tekstem, jakim okazuje się wiersz rzuciłem palenie. Wejście oparte na prostych przerzutniach i jeszcze prostszych metaforach. Lekko zachwiana muzyczność frazy. Dopiero przy puencie zarówno forma, jak i narracja utworu nabierają tempa. Trochę to wszystko przypomina początek długodystansowego biegu, kiedy zawodnik dopiero rusza, rozkręca się... Zabieg w efekcie dość ryzykowny, ale...  na tyle skuteczny, że kieruje myśli czytelnika do tego, co może pojawić się na zakrętem.  A tam... coraz ciekawiej. Kolejne wiersze odznaczają się dość ciekawą, choć w zasadzie prostą  (tym razem w pozytywnym znaczeniu) historią, pewnego rodzaju „zwrotnością” zarówno jeśli chodzi o przerzutnie, jak i sam rytm budowanych fraz. Skowron nie unika pisania wersalikami w połowie zdania, a nawet często w połowie słowa. Wszystko, by wydobyć nowe, odrębne sensy. Może czasem robi to zbyt nachalnie, ale w większości przypadków, zwłaszcza jeśli chodzi o tytuły utworów, ta metoda się sprawdza. Tylko niekiedy zaznaczone słowa wydają się oczywiste, ale...
Właśnie. Dochodzimy do czegoś istotnego. Do poezjowania uprawianego przez autora Synonimu chipnozy doskonale pasuje krótki spójnik – ale. Miejscami łopatologiczna metoda wskazywania czytelnikowi nowych tropów może być denerwująca, jednak z całą pewnością przeczy przypadkowości wierszy. To wszystko jest świadomym i śmiałym wypełnianiem pewnej misji czy też może powziętych postanowień. Każde kolejne użycie tych samych środków formotwórczych okazuje się  być dowodem.  Pewnym krokiem na twórczej drodze. Drodze do upatrzonego celu.

Tyle tytułem wstępu. A jaka konkretnie jest twórczość poety z Czeladzi? Odpowiedzi udziela nam sam podmiot liryczny, kiedy mówi:

„to wiem że jestem tu w nadmiarze
zdanie wciąż tęskni za przecinkiem
dziś język czcionka mi pokaże
jutrem sylaba w gardle milknie

dzisiaj przestawiam szyki zdania
wczorajszym błyskiem uzyskane
jutro mi tylko sens przesłania
więc wypowiedzią leczę ranę(...)”
[Ty-rada (piosenka), str. 47]

Poezja, można powiedzieć, w pełni samoświadoma. Nieco autoironiczna. Poza wszystkim przyjemnie płynna. Muzyczna i nienachalna, choć sugestywna.  Sprawia wrażenie jakby wiersze były naturalnym sposobem mówienia Arkadiusza, który nie boi się sięgać po powtórzenia (w tym również formy klasyczne jak pantum) czy rymy.  Wygląda jednak na to, że wyjątkowo ulubił sobie przerzutnie, które łamią nie tylko zdania, ale i pojedyncze słowa. A wszystko dla brzemienia. Zachowania (bądź – w kilku przypadkach – przełamania) melodii. Nietrudno skonstastować, iż bliskie poecie są po prostu piosenki. I tych nie zabrakło w trzeciej książce. Właśnie w tym gatunku najwyraźniej widać nie tylko same wiersze – teksty pisane od lewej i poszarpane z prawej (chociaż i tę zasadę Skowron traktuje mocno frywolnie). W piosenkach ukazuje się wrażliwiec, człowiek delikatny, jednocześnie otwarty na świat. Przeżywający go całym sobą. Człowiek, którego świat przeszywa. Również zamieszczone pod nimi dedykacje pozwalają spojrzeć na teksty z odpowiedniej perspektywy, jak choćby we wzruszającym, poświęconym „jednemu z ojców”  utworze Tata-raki w hiacyntach:

„ciągle pamiętam pytania
których nie zdążyłem zadać
bólem wśród poszukiwania
strachem byś nie odpowiedział
(...)

mszą i wspomnieniem w świątyni
kwiatem w wazonie z lastrika
wiarą że los się odmieni
czas mi po kościach zastrzykał

wierszem splecionym przypadkiem
nie-dostrojoną gitarą
nie-przełamanym opłatkiem
i senną marą-wiarą”
[Tata-raki w hiacyntach (piosenka), str.72]

To znacznie więcej niźli samo brzmienie.  Poezja na wskroś bolesna, a przy tym autentyczna. Niezmyślona, nieakademicka (a takich dzieci postmoderny mamy przecież na rynku wydawniczym sporo). Kontrast prostych fraz i chaosu w układzie graficznym w poetyckich komuniakatach jest znakiem rozpoznawczym tej książki. Znakiem firmowym autora. Śmiało można też powiedzieć: znakiem jakości. Ów chaos nawet w najmniejszym stopniu nie przeszkadza czytelnikowi, nie rozprasza uwagi. No, chyba że rozproszenie mogłoby zadziałać  korzystnie.Tak też dzieje się w kilku przypadkach.

Ogromnym niedomówieniem i niedopatrzeniem byłoby, gdybym nie wspomniała o ciekawych wątkach i tropach, z których tak chętnie korzysta twórca. Między wersami znajdujemy odniesienia do kultury masowej, i popularnej, ale również do Spinozy, Zbigniewa Herberta, Debbusy’ego i innych. W ciekawy sposób wykorzystuje jeden z najczęściej wykorzystywanych motywów literackich, czyli podróż pociągiem.

Arkadiusz Robert Skowron, jak sam o sobie mówi: zwierszoklecony bard chmurnoryjny, potrafi na niwie poetyckiej wiele. Wszystko, co niezbędne dla tworzenia własnej, prawdziwie, nazwijmy to, alternatywnej, a przy tym jak najbardziej widowiskowej dyckji literackiej. Potrafi wszystko, co potrzebne, by zapaść w pamięć czytelnika. Stworzył nie tylko poezję kontrastu. Stworzył spójny, przekonujący tom poetycki. Zahipnotyzował litery i rozkazał im, by zawładnęły czytającym. Podobno najlepszy poddany, to taki, który nie zdaje sobie sprawy z jestestwa władcy, a jednocześnie robi  to, czego się od niego oczekuje. Jeśli to prawda, ze mną się udało. Jednak jeśli to tylko bajka: (parafrazując puentę jednego z utworów) niech się nigdy nie skończy.

I znowu mam problem z poezją niszową. Dobrze, że jest. Dobrze, że taka jest. Dobrze, że prócz mniej lub bardziej „zaraźliwego” głównego nurtu pojawia się możliwość dostrzeżenia, kupienia, przeczytania czegoś zupełnie innego. Czegoś takiego, jak omawiana lektura. A mimo wszystko szkoda, że te wiersze nie trafią do naprawdę szerokiego grona. A może trafią? Życzę im tego.

ChmurnoRYJność w synonimie hipnozy, Arkadiusz R. Skowron, Wydawnictwa e-bookowo.pl, 2012


Książka dostępna w formacie drukowanym i elektronicznym:

Blog poety: http://chmurnoryjny.bloog.pl

Profil w serwisie Wywrota.pl: http://www.wywrota.pl/ludzie/zatoczny

wtorek, 21 lutego 2012

Gej, luj i drwal z mroczną tajemnicą

Nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego kolejny raz blogger zmienia mi rozmiar i krój czcionki. Wieczorem postaram się temu zaradzić.
Edit: Po wielu próbach ciągle nie udaje  się naprawić...

Michała Witkowskiego przedstawiać nie trzeba. Wszak za sprawą swojej twórczości, zwłaszcza głośnych powieści powieści Lubiewo [Korporacja Ha!art, 2005] oraz niepozostającej w tyle Margot [Świat Książki, 2009], stał się jedną z lepiej rozpoznawalnych i popularnych postaci sceny literackiej ostatnich lat. Jego najnowsza powieść pt. Drwal również cieszy się sporym powodzeniem, a także doczekała się pochlebnych opinii krytyków i recenzentów. Książka ta zaskakuje nie tylko świadomością językową oraz nowoczesnym i w miarę możliwości gatunkowych nowatorskim podejściem do spraw formalnych (ostatecznie trudno ją jednoznacznie sklasyfikować), ale również autoironią i nieprzeciętnym humorem.

Tytułowy Drwal, jak dowiadujemy się w pierwszej części, to mężczyzna w sile wieku mieszkający samotnie w lesie. Główny bohater, a zarazem narrator – Michał Michaśka Witkowski jest homoseksualnym pisarzem-celebrytą poszukującym inspiracji wśród głuszy i tzw. prostego ludu – wspomnianych odludków, pseudokibiców, opuszczonych miejsc, niekiedy również światka przestępczego. Zmęczony życiem w stolicy co jakiś czas wybiera się w podróż-poszukiwanie czegoś, co mogłoby przydać się do prozy. Tym razem wybrał leśniczówkę gdzieś pomiędzy Międzyzdrojami a Lubiewem (a jakże!). Nie mógł trafić lepiej... Próbując dowiedzieć się czegoś o człowieku, u którego przyszło mu spędzać kilka dni tuż po sezonie letnim, trafia na trop zagadki kryminalnej, w którą okazuje się być zamieszana spora część lokalnej ludności. Pisarz stara się dowieść prawdy, przy okazji wplątując w aferę m. in. lokalnego, jak sam go nazywa, luja (młodego, właściwie bezdomnego kibola po przejściach) imieniem Mariusz, którego dość szybko obdarza głębokim, acz trudnym do sprecyzowania uczuciem, traktując go niekiedy jak syna, a dosłownie chwilę później jak potencjalnego partnera. Michał poznaje również lokalną prostytutkę, podstarzałego taksówkarza Wojtka, strażnika okolicznego, nieczynnego ośrodka wypoczynkowego oraz co najmniej kilka innych fascynujących osób o barwnych osobowościach. Nieprzypadkowo intrygujące okazują się nawet personalia kolejnych postaci (np. Jadwiga Parszywa, Rozklekotany czy Doktor Piotr (ewidentne nawiązanie do noweli Żeromskiego!).

Istotna zdaje się autorska gra z czytelnikiem. Witkowski w bardzo sprawny sposób miesza elementy konwencji diarystycznej (np. poprzez nadanie bohaterowi prywatnych danych czy też drwiny z codzienności rozpoznawalnej twarzy i znanego nazwiska), z powieścią obyczajową i kryminalną. Mimo wszystko czytający nie zostaje wyprowadzony w las, bowiem całość prezentuje na tyle ciekawie, że fabuła dosłownie wciąga czytelnika w wir zdarzeń, znaczeń i wszelkiego typu aluzji, a jednocześnie Drwal zachowuje znamiona spójności, a nawet pewnego rodzaju wiarygodności niezbędnej do podążania za myślą autora bez zakłóceń i zgrzytów. Zdecydowanie również tą publikacją daje autor świadectwo kunsztu stylistycznego. Narracja wyróżnia się bogatym, żywym językiem, a dialogi nawet przez chwilę nie sprawiają wrażenia wymuszonych. Ostatecznie dzięki zachowaniu logiki i pewnego rodzaju wiarygodności zdarzeń, ale również żywego tempa w wielowarstwowej opowieści, czytelnik bez problemu może podążać za myślą narratora.

W tym momencie wypada postawić kilka zasadniczych pytań: co prócz (niewątpliwej) rozrywki może książka zaoferować ambitnemu czytelnikowi? Dla kogo i po co jest napisana? Zapewne znajdą się osoby forsujące tezę, jakoby twórca celowo wybrał wszelkie możliwe nośne (popularne) motywy, które w połączeniu miałyby po prostu robić wrażenie, tworzyć powieść chętnie czytaną i komentowaną. Poza wszystkim wątek kryminalny (a więc oficjalny szyld powieści) jest raczej banalny. Natomiast inni powiedzą zapewne, iż autor zwyczajnie korzysta ze swojego talentu, wypuszczając na rynek wydawniczy towar nieprzeciętny i frapujący, a jednocześnie na wskroś ponowoczesny i nie ma w tym niczego złego. Wszak efektem nie jest kolejny tandetny wytwór wulgarnej posmoderny, ale zabawa kontekstami, która wciąga nie tylko piszącego (jak to niestety bywa w ostatnich latach bardzo często), ale również czytającego. Obie grupy mają rację. Witkowski wie, jak napisać powieść nie tylko poczytaną, ale naprawdę godną uwagi (co oczywiście nie zawsze jest równoznaczne, a przykłady mnożą się na listach bestsellerów) i potrafi z tej wiedzy korzystać, posługując się całkowicie odrębnym, pasjonującym stylem. Nie można odmówić autorowi Lubiewa zarówno świeżości, lekkości pióra jak i twórczej dojrzałości oraz stabilnego, wypracowanego warsztatu. Nawet drobne podobieństwa do twórczości Michela Houellbecqa czy Witolda Gombrowicza dodają jedynie smaku i polotu, nie będąc tępym naśladownictwem, ale po prostu celnym wykorzystaniem, a nawet ośmielę się powiedzieć: pisarstwem z podobnej ligi. Zapewne w przyszłości Michał Witkowski będzie miał jeszcze wiele do zaoferowania czytelnikom, a sam Drwal niewątpliwie godny jest polecenia każdemu, kto ma ochotę na spotkanie z literaturą pobudzającą wyobraźnię, skłaniającą do refleksji nad sobą, otaczającym światem oraz literaturą, a jednocześnie niepopadającą w skrajności; słowem książkę zarówno nieschematyczną jak i niewydumaną, a wszystko w odpowiednich proporcjach.

Zupełnie na koniec warto jeszcze wspomnieć o drobnym fabularnym szczególe: otóż cała trójka głównych bohaterów lubuje się w nowinkach technicznych (Robert – właściciel domku głośno temu zaprzecza, a jednak ogląda sitcomy na przenośnym odtwarzaczu DVD i posiada zdjęcia zapisane cyfrowo). Otóż „Drwal” jest również dostępny w formie audio, zatem powinien ucieszyć też grono pasjonatów tego nośnika. Pozostaje jedynie życzyć miłego słuchania. Tudzież czytania, przecież (na całe szczęście!) społeczeństwo składa się również z tradycjonalistów. 

Michał Witkowski, Drwal, Świat Książki, 2011

piątek, 20 stycznia 2012

Ważna, ale niewartościowa

Żyjemy w czasach internetu i (przynajmniej oficjalnie) braku cenzury wydawniczej. Daje nam to między innymi bardzo szeroki dostęp do wiedzy. Dużo łatwiej niż dawniej można znaleźć i przeczytać zarówno teksty o teorii w zasadzie wszystkich dziedzin nauki i sztuki, jak wszelkiego typu biografie i omówienia. W tym również rzetelne opisy rządów aktualnie i w przeszłości panujących monarchów i papieży. Kładę tu szczególny nacisk na słowo „rzetelne”. Na szczęście większość państw na świecie nie musi zmagać się z żadną krwawą rewolucją, dyktaturą, a i czasy inkwizycji raczej nie powrócą. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by zapisywać wiedzę rzetelnie. Aby to jednak można było wprowadzić w życie, autorzy muszą patrzeć na tematy swoich dzieł możliwie jak najszerzej i starać się przekazywać czytelnikowi informacje wcześniej ukrywane, mało popularne, chociaż sprawdzone. Nawet jeżeli bohaterów ich historii stawiałoby to w niekorzystnym świetle. Mamy prawo do dialogu. W jaki sposób jednak podjąć jakąkolwiek dyskusję, jeśli znamy fakty tylko z jednej strony? Na szczęście coraz większa rzesza krytyków, filozofów, a nawet teologów stawia sobie za zadanie zebranie i przedstawienie czytelnikowi kolejnych faktów, o których prawdopodobnie mógł wcześniej nie mógł wiedzieć z różnych względów: społecznego tabu, małej liczby naukowców zajmujących się danym zagadnieniem etc. W ten oto sposób poznajemy kolejne psychologiczne i socjologiczne teorie, które stopniowo obalają wiele mitów. Mamy również możliwość zapoznania się z faktami historycznymi dotychczas przemilczanymi przez badaczy i autorów wielu książek – w tym podręczników do historii. 

Również tematy „okołokościelne” nie są zwolnione od skrupulatnych badań, których wyniki poznaje tzw. opinia publiczna. Jednym z autorów, którzy odważyli się wejść na ten niezaprzeczalnie wymagający eksploatacji, aczkolwiek wciąż grząski grunt jest Robert Haasler, w serii książek przedstawiający m.in. burzliwe dzieje kobiet i życia seksualnego w Watykanie, pieniędzy i zbrodni na dworach papieskich czy choćby przepowiedni o końcu świata. Tym razem szerzej zajmę się tylko jedną pozycją z tego cyklu, pod szumnym tytułem „Kobiety Watykanu”. W Polsce książka ta została przetłumaczona i wydana przez zespół wydawnictwa Forum Sztuk. I o samym wydaniu warto wspomnieć szerzej. To swoiste minikompendium wiedzy o tzw. papieżycach, watykańskich kurtyzanach, w znacznej mierze opisujące też losy wielu kolejnych papieży, podane zostało polskiemu czytelnikowi w sposób dosłownie wołający o pomstę do nieba. Trudno inaczej określić liczne literówki, nagłe zmiany rozmiaru i kroju czcionek, a nawet – o zgrozo – błędy ortograficzne i pominięcia słów oraz – nagminnie – znaków interpunkcyjnych! Właśnie ta wydawnicza niedbałość powoduje, że książka, mimo iż systematyzuje wiedzę i odsłania wiele ciekawych wątków, nie może dać pełnej czytelniczej satysfakcji. Straszna szkoda, bo taka książka na uwagę i staranność po prostu zasługuje. 

W samej treści denerwująca jest jeszcze jedna rzecz, zawiniona z pewnością przez Polaków, a mianowicie wręcz natrętne reklamy kolejnych tomów cyklu. Wydawcy najwyraźniej bardziej niż poziomem publikacji przejęli się jej ewentualną sprzedażą z jednoczesnym zadbaniem o „byt” książek przed ich wejściem na rynek. Sytuacja, niestety, dosyć smutna – by nie rzec żenująca. 

Zbyt długa, bo aż pięciostronicowa przedmowa ogranicza się właściwie do wychwalania prac samego wydawnictwa i podziękowań. Na szczęście treść ogólna publikacji prezentuje się o wiele lepiej. Początkowo autor przedstawia jedną z ciekawszych interpretacji postaw biblijnej Ewy. Następnie w sposób szczegółowy prowadzi przez poukładane w porządku chronologicznym historie papieskich żon, mitycznej papieżycy Joanny, a nawet goszczących w Rzymie królowych – szwedzkiej monarchini Krystyny oraz Marysieńki Sobieskiej, żony polskiego króla Jana III Sobieskiego, kończąc na opowieści o despotycznej mniszce, a zarazem bliskiej przyjaciółce niedawnego, bo zmarłego w październiku 1958 roku papieża Piusa XII – siostrze Pasqulinie. 

Haasler nie obawia się tabu. Metodycznie przedstawia kolejne skandale kościelne, cytując zapiski ówczesnych ludzi nauki i wysokich urzędników kościelnych. Podaje pobudki, które prawdopodobnie kierowały ludźmi tamtych czasów, a więc nie unika kwestii politycznych i rodzinnych. Momentami jednak ta skrupulatność daje się jednak we znaki czytającemu. Niektóre opisy bez cienia przesady można nazwać zbyt drobiazgowymi – spiętrzenie szczegółów nie pozwala na swobodny przepływ myśli i szybkie ułożenie w głowie wszystkich nowych faktów. Bez szkody dla książki można by wykreślić co najmniej kilka akapitów. Oczywiście plusem jest fakt, że autor starał się w małym formacie (książka liczy zaledwie 288 stron – wraz z przedmową, notatką klubu czytelniczego etc.) zmieścić możliwie dużo faktów, ale – na Boga! – dlaczego nie wziął pod uwagę, że to może przeszkadzać, a nie pomagać zainteresowanemu tematem czytelnikowi?! 

Z wymienionych wyżej przyczyn lektura „Kobiety Watykanu” wywołuje bardzo ambiwalentne odczucia i wnioski. To książka na pewno ważna, ale niestety nie należy do najbardziej wartościowych w swojej dziedzinie. Dobrze przeczytać, ale czy rekomendować? Niekoniecznie. Ze względu na jej liczne wady prawdopodobnie wielu potencjalnych polecających zastanowi się kilka razy, zanim komukolwiek podsunie ją lub doradzi. Ze swej strony mogę powiedzieć jedynie: nie odradzam, ale i nie podsuwam. Przeczytasz (bądź nie) na własną odpowiedzialność. 

czwartek, 29 grudnia 2011

Szczerość, bezkompromisowość, erudycja

Nieprzerwanie od czasów chrztu Polski Kościół w mniejszy lub większy sposób wpływa na losy państwa, a nawet ingeruje w wiele aspektów życia, które można uznać za ewidentnie świeckie i osobne. Przemawia za tym choćby fakt, że dzieci z rodzin ateistycznych/agnostycznych lub wyznających wiarę inną od chrześcijańskiej są uznawane za gorsze. Dowody? Powszechny wstyd, że ośmiolatek nie idzie wraz z rówieśnikami do pierwszej komunii (często podobnie traktowane są rozwódki – jakby popełniły jakąś niewybaczalną zbrodnię), brak lekcji i nauczycieli etyki w wielu szkołach, a więc niezapewnianie uczniom alternatywy wobec katechezy.

W takim wypadku oczywistym wydaje się fakt, że niewiele osób ma odwagę głośno analizować czy podsumowywać działania duchownych, nie mówiąc już nawet o jakiejkolwiek krytyce. Na rynku wydawniczym pojawia się naprawdę niewiele pozycji poruszających sprawy wiary w sposób rzetelny i niestronniczy.

Na szczęście są jeszcze autorzy, którzy nie boją się pisać. Nie boją się pisać szczerze, z pasją, wiarą w siebie, a jednocześnie dystansem. Jednym z nich jest były zakonnik, a obecnie filozof, teolog, tłumacz średniowiecznych tekstów i eseista Tadeusz Bartoś. W artykułach na łamach gazet, wywiadach i swoich książkach stara się w zrozumiały dla czytelnika, a jednocześnie odważny i pełen erudycji sposób komentować życie współczesnego Kościoła zarówno jako społeczności ludzi wierzących, jak instytucji.

Jedną z jego ważniejszych – bo zawierających szerokie spektrum tematów – książek jest wydana w 2007 roku przez Wydawnictwo W.A.B. „Wolność, równość, katolicyzm” zawierająca teksty z kilku poprzedzających lat. Wielkim plusem jest fakt, że tym mini-esejom można zaufać. Autor przywołuje wiele faktów i postaci z życia kościoła i nie tylko: m. in. ks. Wacława Hryniewicza, Jacquesa Dupuis, Tomasza z Akwinu (wielokrotnie) oraz wskakuje (niekiedy paradoksalne) różnice między tym, co pisał kardynał Ratzinger, a pismami Benedykta XVI.

Bartoś nie boi się tabu. Mówi o trudach życia w zakonie, odkrywając przed czytelnikiem gorzką prawdę o praktykach stosowanych przez przełożonych klasztornych oraz mówiąc oględnie, wysoko postawionych urzędników kościelnych. Przy tym wszystkim nie jest antyklerykalny, ale zwyczajnie sprawiedliwy i skrupulatny. Nikogo ostatecznie nie potępia ani nie stara się „głaskać po główkach”.

W pewnym momencie powstaje pytanie, skąd w autorze takie bezkompromisowe stanowisko. Skąd wzięła się chęć poruszania tych spraw i dlaczego właśnie w taki sposób. Bartoś odpowiada, pisząc w jednym z tekstów: „Zobaczyłem jak ten abstrakcyjny byt – idea Kościoła – staje się Molochem, dla którego poświęca się dobro konkretnego człowieka. By jednak być dobrze zrozumianym – nie mówię: ›››Kościół jest Molochem‹‹, raczej: ludzie Kościoła tak mu służą, że czynią sobie z niego bałwana. ”[1] Odważne i stanowcze stwierdzenie, prawda? To jeszcze nie koniec. Dalej autor twierdzi: „fałszywa sakralizacja sprawia, że wiara zaczyna przypominać jakiś barbarzyński kult.”[2]

Mimo wszystko były dominikanin nie chce stać na pozycji skrajnego antagonisty Kościoła. Często zwraca uwagę na przykazanie miłości i różne jego interpretacje. W pewnym momencie otwarcie przyznaje: „rezygnując z funkcji oficjalnego reprezentanta instytucji Kościoła, pozostaje jednak związany z katolicyzmem: wiarą, skłonnością intelektualną, wychowaniem, osobistym wyborem. Nie chcę, by moje słowa (choć wypowiedziane otwarcie) były odbierane jako atak na Kościół. Mają być raczej głosem w obronie ludzi.”[3] Czyżby jednak asekuracja? Raczej nie, gdyż właśnie w takim duchu zdają się przemawiać wszystkie teksty zebrane w tej książce. Ich osią jest człowiek.

Mówiąc o pisarstwie Tadeusza Bartosia, nie można zapomnieć, że cechuje go rzadko spotykana sprawność pióra. Książkę, choć porusza tematy trudne, czyta się płynnie. Nie sposób nie zauważyć erudycji, świadomości słowa a przede wszystkim otwarcia na czytelnika. Autor nie narzuca autorytatywnie swoich poglądów, ale stara się przedstawić je w sposób klarowny i wiarygodny, powołując się przy tym na liczne fakty i dokumenty. Co ważne, autor, mówiąc kolokwialnie, nie próbuje popisywać się wiedzą, nie pyszni się. Lektura pozostawia raczej wrażenie, jakby autor traktował każdego czytelnika jako równego sobie. Zostawia mu miejsce na własne interpretacje i refleksje, dzięki czemu książka nie jest nachalna, a przecież właśnie nachalnością odstrasza wiele pozycji tego typu. Z Bartosiem można się nie zgadzać. Można go nawet potępiać. Przede wszystkim należy jednak dać mu szansę dialogu. Poświęcić czas na przeczytanie i przemyślenie, tego, co chce nam przekazać. Zapewniam, że warto.



[1]Tadeusz Bartoś, „Wolność, równość, katolicyzm”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007, str. 118
[2]Tamże, str. 118
[3]Tamże, str. 120

Starsze teksty