sobota, 30 listopada 2013

Poezja błyskotliwa czy błyskawiczna?


Tytułowe zestawienie – jak każdy przypadek odgórnych podziałów na dwa – jest tyleż nęcący, co niebezpieczny. Wynika jednak z pewnych skojarzeń narzucających się podczas lektury debiutu krakowskiego poety Szymona Słomczyńskiego Nadjeżdża [Biuro Literackie, 2013]. W moim jednak odczuciu ani to zestawienie, ani w końcu (jeśli uda się do niego doprowadzić) wybór tylko jednej tezy nie okazuje się wartościujący: nie chcę traktować tego jako binarne opozycjonowanie, ale przyjrzeć się wierszom z bliska. Sprawdzić, czego dokonują nie tylko na czytelniku, ale przede wszystkim na sobie wzajemnie. Warto byłoby skupić się bowiem wokół wspólnego źródłosłowu przeciwstawności, którą niejako mimo wszystko narzucam.

Błysk. Flesz aparatu. Męczący, nawet irytujący, bolesny, ale szybko znika. Ale i błysk fajerwerków. Zachwyca, przyciąga spojrzenie. Ale i błysk intelektu. Myśl, nagłe rozwiązanie problemu. Wreszcie błysk  światła latarni morskiej.

Wiersze zawarte w tej książce wywołują – podobnie jak samo słowo „błysk” sprzeczne myśli i skojarzenia. Czemu zatem nie uprościć i nie nazwać ich krótko poezją błysku? 

Joanna Mueller w szkicu na stronie Biura Literackiego odmawia autorowi namacalnej autentyczności1, czy osobistego zaangażowania. A i owszem, podmiot (używam tego słowa ze świadomością dużego uproszczenia) ukazuje się w zbiorowości: bohaterowie się zmieniają – podobnie jak głosy oraz – idąc za cytatem – tonacje: Zmieniam tonację – z oschłej na soczystą [z wiersza: „Katalog”, str. 6]. Podobnych wstawek – pozornie dotyczących pisania, a jednak mocno zakorzenionych w próbie opowiedzenia się po którejś stronie, odniesienia się do atakującego świata, mamy jeszcze sporo.  Wszak już w pierwszym wierszu uderza niby-odsłonięcie, które ma być przecież swoistą maską: ukrywam się dość zręcznie, ale wciąż tu jeszcze/jestem [z wiersza: „Nadjeżdża”, str. 5].

Co zatem z zaangażowaniem? Łatwo byłoby skategoryzować, skatalogować: podmiot albo błyskawicznie kłamie i to tylko ładnie brzmiące frazy, albo z kolei błyskotliwie wyraża siebie. Czy raczej: wyraża się sobą. Samym sobą, całym sobą, bo jednak – mimo a może właśnie poprzez zmianę ról, języków i postaw – dostrzegamy wreszcie pewne sieci łączące wcale nie tak znowu przypadkowych bohaterów. Co widać od razu, spora część wierszy Szymona mówi głosami kobiet – bardzo różnych: dam lekkich obyczajów przy autostradzie, koleżanki-filozofki... można by wymieniać. Interesujący zabieg formalny, choć wykorzystywany już niejednokrotnie, z pewnością dodaje świeżości, momentami bywa jednak niewiarygodny. Manifestacja kobiecego „ja”, jego demonstracyjny charakter wiądą niekiedy w stronę co najmniej powątpiewania. Demonstracja, wręcz zderzenie poglądów czy sposobu myślenia bohaterek jest chyba najmniej przekonującą częścią całości. Odbicie w tę stronę działa, mam wrażenie, niezupełnie tak, jak powinno. Paradoksalnie tracą na sile poprzez intensywność, z jaką próbują dojść do głosu, ściągnąć na siebie uwagę czytającego.

Jakkolwiek odbierzemy powyższe: udowadniają jednak praktycznie na każdym kroku pewną afektywność wypowiedzi, co jednak zaprzecza możliwości pójścia tropem wskazanym przez przywołaną wcześniej Joannę Mueller. Zaangażowanie jawi się jako skrzętnie ukryte. Pytanie brzmi zatem: czy nie nazbyt usilnie?
Mamy także subiektywnne komentarze do faktów medialnych czy opowieści, można by rzec, publicystyczne. W tym wszystkim jest jednak spora dawka tych najbliższych, najsilniejszych emocji – ciekawie wygląda tu prawie że mantrowana potrzeba dziecka. Perspektywa posiadania (czy bardziej wyczekiwania) potomka pojawia się co najmniej kilkakrotnie [„Nadjeżdża”, „DNA”, „O ważnych sprawach rozmawiamy zazwyczaj w ogrodzie”]. W zderzeniu z miejsami ostentacyjnym maczyzmem, kierowaniem oka kamery na sprawy zakorzenione w świadomości jako tendencyjnie i typowo męskie spojrzenie: mniej lub bardziej przygodny seks czy szybkie samochody ukazuje nam to dość szeroki wachlarz tak znaczeń, jak i  (a może przede wszystkim) zainteresowań bohatera. Opowiadana historia wydaje się spójna, a momentami nader intrygująca.

Zatem wyraźnie błyskotliwość? Wszystko powyższe zostało podane w diablo skutecznej, klasycznej formie. Jedenasto- i trzynastozgłoskowce. Nienachalne rymy. Słowem: rygor języka. Czytelnik Nadjeżdża płynnnie lawiruje, pokonuje kolejne zakręty wersyfikacyjne czy brzmieniowe i czuje prawdziwy komform jazdy. Czuje go na tyle intensywnie, że pojawia się obawa, iż całkowicie się w nim zatraci. Zapomni, po co i skąd jedzie. To z kolei prowadzi do kolejnego niebezpieczeństwa: samo brzmienie zacznie wystarczać. Dobrze ułożone, chciałoby się dodać: wycyzelowane frazy sprowadzą nas wreszcie na manowce chwilowości, błyskawiczności. Działają natychmiast, ale krótko. Chce się czytać kolejny, zapominając o poprzednim. Czy wiersze dwudziestopięciolatka  same siebie deprecjonują? Momentami niestety mam takie wrażenie: jeszcze raz jednak powtórzę – jest to całkowicie pozbawione wartościowania – bo może właśnie o to chodzi? Może to gra z czytelnikiem, może to, co ma pozostać, to język, który uwodzi. Idąc łatwym tropem, wyśledzimy konotacje z twórczością Andrzeja Sosnowskiego czy Macieja Meleckiego. Jednak ani autor „Poems” ani dyrektor Instytutu Mikołowskiego nie mieliby raczej za wiele do powiedzenia w tym temacie. Tomik autora wyróżnionego w edycji Połowu z roku 2012 r. porusza zupełnie inne struny, nawet jeśli podparte na podobnych fundamentach.

Podczas lektury nurtowało mnie jednak coś całkiem innego. Zastanawiałam się, czy tym wierszom jest w ogóle potrzebny jakikolwiek podmiot: zbiorowy czy jednostkowy. Czy to, jak mówią te osoby, nie zamyka, nie przyćmiewa tego, co mówią. Czy wiersze nie mówią więcej o sobie niż o swoich bohaterach i wreszcie: co się przez to z nimi dzieje.

Cechą tekstów Słomczyńskiego jest jeszcze jedna dwubiegunowość: uciekając od dosłowności, uzewnętrzeniania egotyzmu czy kronikarskiego opisu wciąż pozostają zrozumiałe, a odniesienia literackie (których takoż niemało) nie okazują się jedynym sensem, ale dodatkowym odnośnikiem, odrębnym punktem zaczepienia. I dobrze! Kontra błyskotliwości z błyskawicznością, ulotnością wciąż trwa: czy brak utrudnień oznacza ułatwienia? Jeśli tak, Szymon ułatwia czytelnikowi zadanie. Pośród odniesień do rzeczywistości, kultury (vide: ekfrazy czy dialog z dykcjami poezji współczesnej) całego swoistego metajęzyka, wreszcie pośród kalejdoskopu głosów, ról i masek, znalazł się wiersz na podbudowie znanych radiowych szlagierów [„Jak przygoda, to tylko”]. W tym miejscu nachodzi na całość kolejna warstwa: czy poprzez swoją przystępność, całość nie sprawia jednak wrażenia szybko, momentalnie napisanej? Łatwej mimo wszelkich wiraży i zwodów? Czy przypadkiem zamknięcie się w formie wiersza regularnego nie ułatwia sprawy? To jednak poziom autora. Układ oraz ogólna forma wierszy sprawia wrażenie idealnie dopracowanego produktu. Dostajemy do rąk zbiór podejrzanie dopracowany, w którym nie ma miejsca na potknięcia i puste miejsca. Gdzie jest miejsce dla odbiorcę?
Odbiorca (jeden, przecież mogę mówić tylko za siebie) powie: dobrze, było ciekawie, momentami smutno i refleksyjnie, innym razem zabawnie lub ekstytująco. Istne flesze. Ale co dalej? W przypadku debiutantów „dalej” oznacza zwykle drugą książkę. Chciałabym jednak skierować to pytanie w inną stronę: co dalej zrobię z książką, z tymi czterdziestoma wierszami? Pytanie czy okazały się bardziej błyskotliwe, czy jednak błyskawiczne pozostaje bez odpowiedzi. Truizmem byłoby przecież mówić, że to indywidualna sprawa. Jak zatem znaleźć, jeśli istnieje, jakikolwiek klucz, wytrych i czy warto go szukać? Abstrahując od przewijających się ciągle antynomij, odrzucając sprawy, które te wiersze (w moim odbiorze) wywołują na własnej tkance, wróćmy wreszcie do czytelnika. Zastanawiam się bowiem, do kogo jest kierowana poezja, która nie jest ani przesadnie buntownicza, zachłanna, radykalna... jeśli sama się nie klasyfikuje, jak może ją przyporządkować odbiorca? I tu oczywiście należałoby odparować atak: po co porządkować, szufladkować? Wypada zatem uprościć pytanie: na jakie rejestry – poza językiem – ta dykcja naciska? Wszystkie powyższe przykłady prowadzą przecież do jednego wniosku: jest ona przy całym swoim klasycyzmie na wskroś współczesna.  Tu znowu nasuwają się porównania: z impetem wierszy autora Rewersu – T. Pułki, językowym drganiem  przt jednoczesnym pozoostaniu po stronie rzeczystości Jerzego Jarnewicza. Tyleż samo jednak łączy powyższych z Nadjeżdża, co dzieli. To poezja, która sama się wyczerpuje już w pierwszym tomie, choć z drugiej strony można by tak przecież bez końca.

1.       Mueller R. Liryzm lawirujący, URL: http://portliteracki.pl/przystan/teksty/liryzm-lawirujacy/

Nadjeżdża, Szymon Słomczyński
Biuro Literackie, Wrocław 2013

Str. 59

piątek, 30 sierpnia 2013

Oto piewca zagrożeń. "Hotel Jahwe" - Sz. Domagały Jakucia

Ab urbe condita. A na początek? Koniec, okładka. Bo oto mamy dwóch piewców poety:  pierwszy to Kacper Bartczak, który wskazuje w wierszach Szymona Domagały-Jakucia zamkniętych w debiutanckim tomie „Hotel Jahwe” rzeczywistość zwichniętej religii oraz piewca drugi znany z niewyczerpywalnych zasobów wszelkich anegdot Konrad Góra, przywołujący zdarzenie  znalezienia psa, co aktualnie sypia na grdyce i porównujący debiutanta do Borowskiego czy Broniewskiego.
Smakowita to zachęta, popatrzy zatem co kryje się pod daniem głównym, które jak się okazuje – szanowny autor podzielił na dwie części: Ewangelię dla wykluczonych oraz Ewangelię dla miasta Łodzi. Cóż zatem za dobrą nowinę przynosi? Czyje przyjście i czyje zmartwychwstanie ogłasza?
Spuścizna modernizmu przyniosła nam przesyt okrzyków o śmierci wszelkich bogów i pozostawieniu biednych ludzi samym sobie. Ewangelia według tradycji ma przekazywać wiadomość o lepszym życiu. W chrześcijaństwie ewangelia jest nauką o Jezusie i zbawieniu.  Poprzez zapis historii życia Zbawiciela, pokrzepia, ale jednocześnie poucza ludzi, wskazują drogę postępowania zgodnie ze Słowem Bożym, która to ma poprowadzić ich do wiecznego szczęścia.
A może odwrotnie? W starożytności używano tego terminu do określenia rodzaju nagrody w podzięce za pomyślną wieść. Pomocny może okazać się tytuł. Hotel to tymczasowe miejsce na nocleg, odpoczynek. Z natury obce i bezosobowe. Bezbarwne, nawet jeśli zaprojektowane i utrzymane z wielką klasą.
Hotel Jahwe. Hotel dla Boga? Jahwe to hotel – chwilowe miejsce na odpoczynek, punkt na trasie? Schronienie? Więcej się rozjaśnia niż zaciemnia, więc przejdźmy do treści.
Pierwsze, co uderza w wierszach Jakucia, to bezkompromisowość straceńca. Łodzianin uderza bez pardonu, zwracając się do samego Boga:

„Boże ścian drzwi zabierasz aby nie było wyjścia
podłogi zabierasz aby nie było przejścia
kiedyś dojrzeję i rzeknę: Chrystus drzwiami podłogą
a  Boga ścian  nie ma niech żyje Bóg drzwi
u Chrystusa mieszkań wiele z widokiem

póki co przyszedł Diabeł odlicza kroki wybranych
dba by nie zboczyła moja podłoga do Boga drzwi
oto spełniło się nawet Diabła mam po swojej stronie
jego gniew  spada na mój sufit
chciałbym nie mieć cię na głowie teraz ja szarpię za twoją przyczynę”
[z wiersza: W dupie mam wszystkie twoje kraje]

czy:

„Oto spolegliwość uczyniła mnie narzędziem
(...)

nie czuję się wezwany przez Ciebie ani nie liżę znaczków
bo nie mam Ci nic ważnego do przekazania
(...) „
[z wiersza: Jahwe]

Pomijając niewielki dysonans (najpierw zwrot do Boga zapisany wielką literą, w kolejnym wierszu minuskułą), wyraźnie dostrzegamy tu oznaki agresji i buntu. Buntu jednak aktywnego. Szymon nie obiecuje, że kiedy przyjdzie Bóg, to stanie się cokolwiek konkretnego/on zachowa się w konkretny sposób. Szymon przemawia bezpośrednio. Już działa. Wystawia działa i nie ustaje w ataku:

„Religia to kłamstwo. Śmierdzi ofierze Chrystusa poświęcenie nóg(...)”
[z wiersza: Bulla fellatio]

Antyreligijna [czy może raczej antykościelna, bo w końcu spotykamy wyłącznie nawiązania do Biblii] żarliwość, wręcz fanatyzm, to tylko część, jak się okazuje, wcale nie najistotniejsza, tego, co autor nam przygotował. „Hotel” wręcz kipi od bardzo dosłownych, często brutalnych i wulgarnych opisów czynności seksualnych – niekiedy natężenie tego jest tak silne, jakby to właśnie seks – zamiast religii czy Boga – okazywał się jedynie słuszny i zbawienny. Alius est Amor, alius Capido? Podmiot tych wierszy traktuje fizyczne zbliżenie niemal na zasadzie rytuału religijnego – czegoś najwyższego i najwspanialszego (jedynej drogi nie tylko do śmierci, ale do rozkoszy rozumianej jako zbawienie – czyżby zatem wybrzmiewały tu tony libertyńskie i hedonistyczne?). Nie mówi jednak zbyt wiele o miłości emocjonalnej między dwojgiem ludzi.

I tak na przykład:

„(...)
zbliżenie eksperymentuje we mnie podnosząc korpus do świętości  
Zbawicielu jeśli dobry seks jest metaforą umierania
Ja eunuch spotkam się z Tobą prędzej niż podejrzewałem”
[z wiersza: Hymn do miłości (Jak szybko dojdę Zbawicielu)]

Prawda, że działa? Problem jedynie w tym, że całość nieco pachnie prowokacją. W kolejnych tekstach zaczyna być już przewidywalne. Wiemy: będzie bezprecedensowy seks, kolokwialne oraz religijne słownictwo, Bóg sprowadzony do roli dziecka, które upomina się lub karci za złe zachowanie, a całość zachowana w stylu litanii. Całość sprawia wrażenie przesytu, który jest chyba największym problemem tej książki, choć autor operuje równie sprawnie inną tematyką. Cztery ze swoich wierszy kieruje bezpośrednio do innych autorów (dwa – po jednym w każdej części – poświęca łodziance Justynie Fruzińskiej i po jednym dedykuje Robertowi  Rybickiemu i Konradowi Górze; oba ponownie w tonacji quasi-modlitewnej).

Kolejnym lejtmotywem okazuje się mała ojczyzna autora – Łódź. To właśnie tam ma miejsce lwia część narracji i to właśnie temu miastu poświęcona jest wszak druga część tomu. Nie jest to jednak Łódź piękna i zachęcająca do zamieszkania:

„Widziałeś słońce na  Zarzewskiej? Grabowej, Dębowej, mojej  Poznańskiej?
Wskrzesza ciepły odór uryny. (...) Nie kocham cię. Nie daję rady. Nie biorę.
(...)

Ulica tak brzydka, że grawitacja abdykuje. (...)

Kilka metrój dalej na Placu  Niepodległości miasto oświetliło nowy kościół,
wszak światłość światłości potrzebuje. Obok na postumencie Faustyna
ciągnie druta Miastu.”
[z wiersza: Ulica Zarzewska]


I w końcu, czego mogliśmy się spodziewać:

„(...)
Gdzie jesteś Chryste?
Czemu opuściłeś to miejsce?
A przecież warte jest miasto krwi Twojej
(...)”
[z wiersza: Piątek w Łodzi]



„Hotel Jahwe” to odważny, mocny tom z wyraźnymi naleciałościami wciąż młodzieńczej buńczuczności, o’haryzmem dostrzegalnym w kilku miejscach. Głos podobny nieco do dykcji K. Góry czy Sz. Kopyta, ale wciąż osobny, przebijający się na tle echa większości współczesnych debiutów. Przy tym wszystkim nieco jednak nachalny w wymowie. Zrozumiała jest siła i brak zahamowań, ale czytelnik ostatecznie nie dostaje ewangelii – ani w znaczeniu nagrody, ani pocieszenia/dobrej nowiny. Historię życia istoty pretendującej na przewodnika duchowego? W pewnym sensie tak, tylko co – prócz krzyku – przynosi ona czytelnikowi? To wiersze czystego sprzeciwu, agresji. Wobec wszystkich, nawet siebie samych. I z tymm musi się zmierzyć czytelnik. Czy na to zasłużył, czy nie. 

czwartek, 4 lipca 2013

Więc mówisz, że na liryk(...)? *

Kilka wierszy w Internecie. Drażniących. Irytujących wręcz. I brak jakiejkolwiek możliwości oderwania się od nich, bo przecież właśnie takie wiersze się zapamiętuje. Skojarzenie z nazwiskiem. I przebłysk: przecież był w jednej z poprzednich antologii „Połowu” wydanej przez Biuro Literackie. Przecież już go czytałam.

Kamil Brewiński i „Clubbing”.  Wtedy arkusz – dziś tomik, który „pani od debiutów” – Marta Podgórnik ocenia jako debiut roku. Wśród czytelników wrzawa. Że olśnienie, że rewolucja. Mierzią mnie książki, w okół których rośnie środowiskowy (lub medialny – a to nie zawsze równoznaczne) szum. Sięgam po tomik i... pojawia się problem.

Czytam przede wszystkim chęć niespodobania się. Samemu sobie? Czytam grę z konwencją. Jawne szyderstwo. Klimat dusznych dyskotek i wieczornych wyjść z kumplami, by podzielić się lufką. Techno-rap na papierze miksujący zastaną poezję (szczególnie wzmocniony przez głośne, nie tyle mechaniczne, co „maszynowe” czytanie samego autora, do wysłuchania którego gorąco zachęcam). Migoczący, wręcz pulsujący rytm.  Jednak nie potrafię chwycić się tych urwanych fraz przypominających jakiś rodzaj niezłego tripu. Nie potrafię zabrać się na tę wycieczkę.

Czytam zatem tomik powtórnie i zastanawiam się, co poszło nie tak. Gdzie jest błąd? Wszystko, by ostatecznie dojść do wniosku, że cały ten raport wydaje mi się jednak nieco zbyt wygładzony. Może autor niepotrzebnie umieścił w projekcie teksty z arkusza? Może nagłe przerzucenia z bezwzględnie narzuconym rytmem , piętrzące się aluzje intertekstualne (vide: wiersze „Malwina” [str. 26], „T” [str. 35] i inne) i zawołania w stylu: na na na czy: elo elo elo [„DHX 130025” str. 14] stają się wreszcie dość przewidywalne i mniej więcej w  połowie tomiku wiem, co będzie dalej, a nawet w którym miejscu załame się morderczy rytm. Ofensywna poezja powinna przecież zaskakiwać. Co to za atak na który potrafię się przygotować?

Poza wszystkim czytelnik odkrywa tu sporo liryki w "tradycyjnym" sensie. W tych osłoniętych chmarami dymu z lufki wersach możemy nierzadko znaleźć czułość i – wbrew pozorom – spore pokłady delikatności.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć, iż wydawnictwo opublikowało zbiór wierszy również w Internecie na bezpłatnej licencji creative common, dzięki czemu, aby do nich sięgnąć wystarczy podłączenie do sieci. Fakt ten okazuje się nie bez znaczenia nie tylko dla obiorcy, ale również dla konkretnych wierszy, które same w sobie wydają w jakiś sposób digitalne, a umieszczenie ich jako spójnej całości, a nie – jak to zwykle bywa z poezją na www – rozproszonych i tekstów, jeszcze bardziej ten fakt podkreśla i kieruje odczyt w stronę cyber poezji, która jak się okazuje nie musi być mniej lub barfziej losowo pojawiącymi się znakami. Brewiński jawi się na wskroś współcześnie, nie przekraczając jednak granicy i zachowując nie tyle wpływy, co pewne klasyczne dogmaty. Przerabiając je i miksując według własnych potrzeb i upodobań. To nie tylko  próba siłowania się z „zapleczem” literatury, ale przede wszystkim porwanie się na sam język. Przerzucanie go między światami tak, by poniósł jak najmniejsze straty i uległ jak najmniejszym deformacją. Przede wszystkim to próba opanowania języka w możliwie najszerszym sensie. Zdominowania go. Narzucenia własnej woli z jednoczesnym zachowaniem jego żywotnej natury. Czy się udało?
W poezji lubelskiego autora tkwi niesamowita siła. To jest  wulkan. Na razie jeszcze nie wybuchł, ale to może się zdarzyć lada moment. Póki co: nie ma strat ani strachu, ale trzeba być czujnym.



Kamil Brewiński, Clubbing, Hub Wydawniczy Rozdzielczość Chleba, Kraków 2013/Internet

* Autorka powyższego tekstu dopuściła się bezczelnego aktu użycia w tytule wejściowej frazy z wiersza „Jeb” [str. 44]

niedziela, 16 czerwca 2013

„Konsekwentnie ale bez logiki”[1]


Nowości wydawniczych w dziedzinie poezji wychodzi rocznie bardzo dużo. Człowiek zatem przegląda strony internetowe wydawnictw, sklepów z książkami: wreszcie chodzi do ulubionej księgarni i grzebie na półce z liryką. Wreszcie stwierdza ze smutkiem lub zadowoleniem [w zależności do początkowych założeń, z którymi przybył na miejsce], że właściwie wszystko, co dumnie stoi tam na regale, posiada on już na swoich półkach w od dawna niemalowanym pokoju (bo przecież nie ma czasu! trzeba czytać, a złośliwa doba uporczywie nie chce się wydłużać, dostosowując do potrzeb!). 
Przygnębiony lub czasem dumny z siebie kieruje się do wyjścia. Dziękuje najpiękniej jak potrafi za kawę lub inny napój, którym został uraczony przez przemiłych księgarzy, kończy pogawędkę, żegna się uniżenie, zapowiadając powrót i kieruje swoje chwiejne kroki do wyjścia (krok jest chwiejny bynajmniej nie z powodów wspomnianych napojów, po prostu zapalony czytelnik ma bowiem stawy wiecznie przeciążone dźwiganiem książek – ulubiona księgarnia niestety nie mieści się blisko domu). Przy wyjściu ów człowiek zerka jeszcze z niepohamowaną ciekawością i łapczywością na kosz z napisem „1 za 1”, gdzie często wrzuca lektury skrajnie złe – przekraczające możliwości jego nadwyrężonej jak stawy cierpliwości, która to już naprawdę ciężko znosi kolejne nudne frazy i oklepane jak babki z piasku obrazki wyłaniające się zza niedbale lub zbyt misternie budowanych zdań. 
Czytelnik wprawnie pomija wzrokiem książki, które sam wrzucił albo zostały tam zapakowane przez kolegów, którzy – będąc również zapalonymi czytelnikami, znają jego ciężki los i aby nieco ulżyć, ostrzegli przed wpływem kolejnych książek-wampirów. Szybko przesuwa spojrzenie po starych numerach czasopism literackich (ich wszakże również ma w domu mnóstwo, z ich winy w szafce nie mieszczą się już zeszyty z notatkami). Ostateczne zostaje mu do wyboru niewiele. Cóż takiego? Kilka socrealistycznych powieści, których naczytał się już  w podstawówce – lektura obowiązkowa bowiem to świętość, podobnie zresztą jak uzupełniająca i nadobowiązkowa. Obok nich podręczniki wszelkiej maści, kilka tomików z tak odstraszającymi tytułami, że nawet najbardziej wygłodniały literacko desperat nie poczułby się zachęcony oraz książki, których to nasz kochany czytelnik nie kupiłby z zupełnie innego powodu – otóż niestety są zbyt drogie jak na jego skromną kieszeń. Można by pomyśleć, że możliwości zakupowe zapalonego czytelnika ogranicza tylko częstotliwość pojawiania się kolejnych ciekawych pozycji. To tylko po części prawda. Z racji iż czytanie pochłania naprawdę wiele czasu, czytelnik nie jest w stanie pracować na pełny etat (sprawa priorytetów jest wszakże oczywista!). Niekiedy zmuszony on jest wybierać i w przypadku, gdy staje przed dylematem: obiad czy książka – wybiera zawsze książkę. Problem komplikuje się w przypadku: debiut vs. zaufany  autor. 
Zwykle w takich przypadkach nasz ulubieniec czytuje nowość „na miejscu” i zapisuje ją gdzieś za połową na swojej liście sprawunków do kupienia. Co jednak w przypadku, gdy nie ma możliwości czytania, pozostając w księgarni? Lektura nie wzbogaca przepastnego zbioru w gabinecie/sypialni/pokoju dziennym (czytelnik całość powierzchni mieszkania nazywa po prostu biblioteką). Tak to też miało miejsce z tomikiem wierszy, który trafił w ręce strapionego czytelnika ostatnim razem. Był to wydany w Zaułku Wydawniczym Pomyłka debiut Małgorzaty Południak „Czekając na Malinę”. Horrendalna kwota 42 zł z pewnością nie jest autem, biorąc chociażby pod uwagę fakt, że koszt wierszy zebranych sław poetyckiego światka oscylują w podobnych granicach, a pojedyncze tomy uszczuplają portfel o ok. 15-35 zł. 
Czy zatem jest coś, co rekompensuje ten cenowy nonsens? Trzeba uczciwie przyznać, że książka jest bardzo estetycznie i starannie wydana. Oprawa ze skrzydełkami i minimalistyczny motyw na ciemnej, miękkiej, aczkolwiek dosyć sztywnej okładce – wszystko razem wygląda intrygująco, a jeszcze przecież czytelnik nie otworzył książki. Gruby, dobrej jakości papier – niezbyt matowy, ale nie rażący oczu nieco tłumaczy sprawę. Większość tomików nie wygląda bowiem aż tak okazale. 
Mamy również klimatyczne (niekiedy jednak niestety zbyt patetyczne i wydumane) ilustracje, a w kilku przypadkach – tło do wierszy. Częścią graficzną zajął się (jak  czytamy w notce na końcu tomu) Mateusz Osajda na podstawie zdjęć i fotomontaży Rafała Babczyńskiego. Obaj panowie włożyli w proces twórczy z pewnością wiele energii i zapału. Do każdego wiersza dopasowano obrazek. Niestety nie można powiedzieć by w każdym przypadku pomagał on teksowi. Niekiedy cały przekaz staje się zbyt nachalny – same słowa powinny działać na naszego czytelnika z wystarcząjącą intensywnością i mocą. Niestety okazuje się, że w kilku miejscach zostaje on całkowicie przygnieciony, a dominator nie pozostawia mu miejsca na oddech i własne myśli. 
Co jednak z samymi wierszami? Pamiętajmy, że czytelnik mimo wszystko karmi się głównie literami. Tytuł w pierwszym skojarzeniu przywodzi na myśl znaną sztukę „Czekając na Godota”. Tam główny bohater jednak nigdy nie przybywa. I chyba lepiej, żeby nie przybył i nasz Malina (w mottcie wskazane powinowactwa do postaci Ingeborg Bachmann). Całość historii jest ckliwa, przewidywalna, a momentami wręcz nudna. Bohater liryczny ostentacyjnie wykazuje cechy typowo kobiece żywcem wzięte z romansideł albo oper mydlanych.  Już w pierwszym tekście zapowiadana Malina przychodzi – razem opłakują obcięte piersi i prowadzą niekonkretne monologi do męskiego odbiorcy. Całości nie ratują postawiane w dziwnych miejscach przerzutnie, które zamiast nadawać tempa – już na tzw. wejściu irytują czytelnika. Pierwszy wiersz ponadto okazuje się na tyle znamienny, że może być traktowany w formie introdukcji do całości podzielonej, dopiero od drugiego, na trzy rozdziały: „I. wbity w ciało”, „II. wytresowany ptak”, „III. przejść przez dym”. Czy taki podział miał jakkolwiek odgradzać (tematycznie lub formalnie) odrębne wiersze? Raczej nie. Wydają się one przemieszane, mówiące do siebie i o sobie nawzajem, a inny układ czy podział prawdopodobnie niewiele mógłby tu zmienić. 
Podobne zabiegi zastosowane zostały w całości. Ucięte piersi stają się ponadto traumą tomu – jako motyw powracający mantrujący do ucha zmęczonego i niewinnego czytelnika. Znajdujemy tam również wiele razy wspomniane ściągane majtki i staniki. Te konkretne części garderoby jako podstawowe rekwizytorium tomu poetyckiego? Na szczęście nie w zupełności. Podmiot mówi: „za każdym razem źródło inspiracji/tkwi w języku”[2]. 
Zatem chodzi o mowę? Głos? Dźwięki? Prawdopodobnie tak, biorąc pod uwagę, że i one wracają w kolejnych odsłonach na dalszych stronnicach. Tak na przykład czytamy: „dźwięk odbija się od podniebienia”[3] Ważny jest tu także tytuł. Dźwięki jako trwoga? Dźwięki jako motyw nie dający wytchnienia? Możliwe. Za dużo jednak w tym wszystkim wspomnianego wcześniej sentymentalizmu i ckliwości. W wierszu „Irlandzkie dylematy” zostaje czytelnikowi przedstawione wciąganie „koszuli, która nie przestaje pachnieć” – prawdopodobnie wonią osoby, za którą nieustannie tęskni osoba mówiąca w tych tekstach. Ponadto powracający w książce ból nieco przypomina dykcję Joanny Lech i jej powinowatych. Nic to zatem oryginalnego i świeżego. Również i forma nie wybija się szczególnie ponad przeciętność. Autorka przedstawia „ciemną stronę życia” bardzo wprost, ale po wszystkim zostaje wrażenie, jakby tylko ślizgała się po powierzchni problemu, pozostając w wiecznym oddaleniu od epicentrum. 
Podmiotka przyznaje w pewnym momencie: „Mam wrażenie że się zaklinowałam”.[4] I takie właśnie wrażenie odnosi również czytelnik. Osoba mówiąca utknęła na powtarzaniu tych samych spraw niczym katarynka z ograniczoną ilością melodyjek. Późnie czytamy odważne stwierdzenie: „można w nieskończoność ćwiartować/ i zszywać metafory” [5]. Otóż nie można. Nie można, szanowna autorko – mówi skonsternowany czytelnik i coraz większą niechęcią myśli o koszyku, z którego przecież wyciągnął tę lekturę, postanawiając dołączyć ją do swojej domowej kolekcji. Już w następnym wierszu jest karmiony kolejnym orzeczeniem: „sprawy spisane przychodzą do głowy i tracą sens” [6]. Niestety w książce także go nie odzyskują. 
Czarę goryczy przepełnia nawet posłowie. W słowach Cezarego Sikorskiego czytelnika spotyka obszerna, jednoznaczna interpretacja ułożona w formie laudacji dla autorki. Sikorski łopatologicznie tłumaczy „o co wcale nie chodzi” oraz przedstawia czytelnikowi odpowiedź na odwieczne  pytanie, co poeta miał na myśli. 
Tego już czytelnikowi za wiele. Odkłada on swą nową zdobycz i oddycha z ulgą. 





[1] Południak M. „Grono” [w:], Czekając na Malinę”, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, str. 35
[2] Trwoga, Tamże, str. 15
[3] Portret kieszonkowy, Tamże, str. 21
[4] Marazm, Tamże, str. 41
[5] Ponad zatrzymaną akcją, Tamże, str. 45
[6] O melodii na różne sposoby, Tamże, str. 47

czwartek, 10 stycznia 2013

O książce, która powinna mi się spodobać, ale tak się nie stało. "Mięso" D. Dymińskiej

Reklama rzeźni i wege ochłapy?

W twórczości Dominiki Dymińskiej od dłuższego czasu pokładano spore nadzieje. Jeszcze zupełnie niedawno była (obok Urszuli Kulbackiej i Katarzyny Fetlińskiej) określana jedną  z najciekawiej zapowiadających się poetek przed debiutem z roczników dziewięćdziesiątych. Jej wiersze były nie tylko szeroko i przychylnie omawiane w internecie, ale również publikowane w prasie literackiej i doceniane na konkursach. Można by pomyśleć: to będzie autorka mocnego, interesującego debiutu. Świeży głos w branży. Cóż z tego wyszło?

Niestety nie tomik. Słowo niestety wymaga tu podwójnego zaznaczenia, gdyż młoda autorka najpierw oficjalnie zamilkła, każąc czekać czytelnikom na... dość irytującą i kłopotliwą powieść. Dlaczego irytującą? Bezpośredni i nieco zadziorny tytuł „Mięso” zapowiada książkę odważną, prowokującą, mocną... Tymczasem do naszych rąk trafia rozciągnięty na 177 stron tekst w rodzaju blogowych notatek neurotycznej dziewczynki z rozbitej rodziny. Już sama forma nasuwa to skojarzenie. Siedemdziesiąt siedem krótkich tekstów przypomina ponumerowane notki.

Głód niezaspokojony

Warszawianka startuje z werwą. Początek zapowiada powieść poetycką, wiarygodną i poruszającą, choć daleką od ckliwości. Z biegiem stron jednak tekst staje się coraz mniej frapujący. Bywają plastyczne, celne opisy i spostrzeżenia, aczkolwiek nikną w natłoku słownej waty. I tu, muszę uczciwie przyznać, pojawia się punkt zaczepienia. Podczas lektury towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że ważniejsze myśli są zwyczajnie przytłoczone, a jednak konstrukcja powieści jest tak zbudowana, by nie sposób było wskazać fragmentów, po wykreśleniu których całość się nie zmieni. Spokojnie można by wyszczególnić kilka dłużyzn (szczególnie w opisach dni lub korespondencji bohaterki), a jednak gdzieś w głowie pozostaje myśl, że to dosyć ważne w kontekście całości. Faktycznie nie rozbudowują fabuły, nie rzucają nowego światła na rozwój osobowości narratorki, ale przez swoją, pewnego rodzaju, kompulsywność, umacniają i uwiarygodniają sferę emocji. Ciekawym zabiegiem są też wplecione w wypowiedzi wiersze. I to właśnie konstrukcja – forma całej powieści jest jednym z jej najmocjniejszych punktów.

To jednak stanowczo za mało. Za mało dla mnie. Szukam naprawdę krwistych, intensywnych w smaku kawałków. Treści, która uderzy w moje zmysły. Słów, które mają ostry smak i zapach – jak mięso. Niestety nie mogę pozbyć się wrażenia, jakoby Dymińska częstowała gości smażonymi wynalazkami z soi lub cukinii, zapraszając wcześniej na kotlety schabowe. Czy z powodzeniem? Z przykrością stwierdzam, że nie dałam się nabrać. Pochłonęłam zaserwowane danie, ale głód pozostał niezaspokojony. Jako mięsofanka czuję się rozczarowana.

Mocna, energiczna narracja przytłoczona trywialnymi wynurzeniami jednej z wielu podobnych do siebie dziewczynek. Schematyczne, dość przewidywalne działania bohaterki nie pomagają czytelnikowi.

Co gorsza, nawet dodatki okazały się denerwujące. Metaforycznym sosem okazuje się jeden z wywiadów. W rozmowie z Damianem Gajdą Dymińska stwierdza autorytatywnie: „To nie tylko powieść o seksie” [1], aby po chwili dokładnie opowiedzieć, o czym napisała i dlaczego. Czyżby asekuracja? Świadomość zarzutów, które jeszcze nie padły, ale musi to niechybnie nastąpić? Dość szerokie objaśnianie własnego dzieła, kawanaławizm. To wywołuje lekki niesmak. Oczywiście nie ma nic złego w rozmowie o własndj twórczości. W opowiadaniu o niej. Ale dlaczego od razu podawać czytelnikowi gotowe recepty? Niech sam odkryje smak i rozpozna składniki! Wszak na tym właśnie polega pasja czytania.

Głos pokolenia?

Wszystko, o czym wspomniałam, nie wyjaśnia jeszcze określenia  lektury kłopotliwą (a teraz pozwolam sobie to powtórzyć!). Niewątpliwy łądunek emocjonalny nie niesie za sobą ważniejszych treści. Makabryczne igrzyska towarzyskiego sportu, w których główną dyscypliną jest lansowanie samych siebie. Całość rozmyta i stanowczo przegadana. Młoda, gniewna i nastroszoną, polska proza... oparta na schematach, które mają szokować. Szkoda tylko, że robią to w tani sposób. Już w blurbie Kingi Dunin czytamy o dziewczyńskiej książce. Ale to nie jest książka dla grzecznych dziewczynek z dobrych domów. Zastanawiam się zatem: dla kogo? Zbyt bezpośrednia na lekturę czysto rozrywkową. To nie jest książka, która wchodzi w dialog z odbiorcą. Prawdopodobnie nie jest to też książka do rozumienia. Ją się po prostu czuje – albo zupełnie nie.

Dymińska bawi się konwencją dostrzeganą u takich twórców jak np. Jakub Żulczyk. Jest w tym, nie można zaprzeczyć, jakaś siła sprawcza. Absurdy niektórych fraz okazują się na tyle efektowne i efekciarskie, że wręcz efektywne. Bezkompromisowe stwierdzenia działają niekiedy jak czerwone światło. Czytamy: „kiedy ona mówi, że mam otręby pszenne w głowie, to jest taki komplement i jest mi wtedy miło (...)” [2], pojawia się nieodparta chęć zapytania: ale o co tu chodzi? O czym ty, dziewczynko, bredzisz? I bardzo dobrze! Takie frazy się zapamiętuje, a to już jest wielki sukces, na który – wbrew pozorom – stać niewielu autorów. Na pierwszej stronie czytamy: „Nie piszę o tym, o czym nie mogę mówić. (...) Słowa znaczą dokładnie tyle, ile znaczą [3]”. To działa! Sęk tylko w tym, iż działa za słabo. Książka zbyt prosta, by czytać w celach socjologiczno-poznawczych. By doszukiwać się tego, upragnionego przecież przez akademickich krytyków literatury, głosu najmłodszych roczników. Momentami wyszło całkiem chwytliwie, ale to pozostawia – powtarzam! – stanowczy niedosyt. Podobnych pozycji na rynku wydawniczym jest co najmniej kilka (choćby porównywana z Mięsem na forach internetowych powieść Londyn, ParyżDachau A. Drotkiewicz). Dymińska nie tworzy novum, nie jest odkrywcza, osobna. Idealnie wpasowuje się w nurt, który już od dłuższego czasu mości sobie miejsce w kulturze. Widać w tym wszystkim gdzieś echo dykcji Masłowskiej: język popkultury, potoczny, codzienny, a jednak żywy i intensywny. Sam język jednak to za mało. Dla mnie za mało, bo nie mówi o niczym konkretnym.

Kompulsywne opowiadanie

Może warto poczekać na ułożenie własnej mowy. Takiej, która przyniesie więcej konstryktywnych i odważnych wartości. Takiej wreszcie, która coś zmieni, a nie tylko opisze zastany świat z jednej perspektywy.

Momentami wygląda to bowiem tak, jakby bycie niszowym implikowało nowy mainstream. Literaturze to nie wychodzi na dobre, czego debiut Dymińskiej jest bolesnym przykładem. Powstała nowa książka, o której ma się ochotę powiedzieć, że autorka ma niewiele do powiedzenia, ale kompulsywnie opowiada. I robi to bardzo energicznie, celnie. Dominika z całą pewnością posiada całkiem nieźle rozwinięty zmysł obserwacji. Z przełożeniem na konkret nie wyszło. Rozmieniła się, nie wykorzystując szansy.

W każdym razie warto obserować jej dalsze poczynania, potencjał przecież widać ewidentnie. Być może Mięso jest po prostu kolejnym, zbyt wczesnym debiutem – drobną wpadką, a pisarka udowodni jeszcze wszystkim, że stać ją na więcej i naprawdę zamiesza na polskiej scenie literackiej. Tego jej – i sobie – jako czytelniczce – życzę.

[1] http://kultura.onet.pl/literatura/rozmowy/dominika-dyminska-to-nie-tylko-powiesc-o-seksie,2,5225219,artykul.html Dostęp: 29.10.2012
[2] D. Dymińska, Mięso, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, str. 101
[3]Tamże, str. 5

niedziela, 11 listopada 2012

Dorastający Piotruś Pan czy rosnące niebezpieczeństwo?

Autorzy zauważeni jeszcze przed debiutem zwykle, mówiąc kolokwialnie, robią problem w branży wydawniczo-czytelniczej. Że za młodzi. Głos niepewny. Niewystarczająco donośny, odważny, samoświadomy. Że to dopiero jakieś próby. Że i tak jeszcze wszystko chwiejne i zmienne, więc nie warto się przywiązywać. Taka łatka nie ominęła również dwudziestojednoletniego [w momencie pojawienia się pierwszej autonomicznej książki] Filipa Wyszyńskiego – wyłowionego dwa lata wcześniej, a więc w 2010 r. przez redaktorów Połowu powiązanego z Biurem Literackim, które to właśnie zostało wydawcą warszawiaka. Co znamienne nawet sam Wyławiacz – Roman Honet podczas wieczoru autorskiego Filipa podkreślił, że dykcja Wyszyńskiego zmieniała się, książka musiała długo dojrzewać, a mimo to dalej mówimy o wczesnym debiucie. Dodałabym: wczesnym, czyli młodym – zarówno biorąc pod uwagę wiek autora, jak i konwencję, którą wybrał. To książka na wskroś debiutancka.  Już w samej okładce widać sugestywną chłopieńcość. Zapytany o ważne książki 2012 r. Konrad Góra przytacza między innymi Skaleczenie chłopca, kwitując Filipa słowami:
„Wyszyński odgrywa tu rolę dziecka do wychowania, który nam w końcu bez sentymentu sprawi wpierdol” [1].
Z kolei Marek Olszewski w swojej recenzji z cynizmem wytyka poecie, że „nie stoi za nim ani traumatyczne doświadczenie pokoleniowe, ani siwa broda mędrca”[2] oraz – rzecz jasna – nie omieszkał wspomnieć o powracających wątkach dotyczących śmierci, pytając przy tym, czy nie jest to li tylko chęć wpisania się w koniunkturę na „ciemne wiersze”. Tyle z cudzych rekomendacji. Pora zatem przejść do czytania.
Koniunktura? Sprytnie ułożony plan na „modny tomik” czy – mimo wszystko – wiarygodność (żeby nie powiedzieć „autentyczność”, która przecież jest tematem zdecydowanie śliskim w literaturze)? Między innymi właśnie nad tym zastanawiałam się podczas lektury Skaleczenia. 
Co ciekawe, tej przesiąkniętej motywami, które można określić jako insygnia młodego mężczyzny (jeszcze może niekonieniecznie dorosłego, ale jednak chyba nie chłopca) książce zdecydowanie brak młodzieńczej buńczuczności – żeby nie powiedzieć: odwagi. To wiersze owszem wzruszające, ale zdecydowanie nie zaczepne, intrygujące, silne i zdecydowane. Przynajmniej nie dla mnie. Już tekst otwierający sprawia wrażenie bardzo układnego i ułożonego:
„[...]Czekam aż przyjdą

ludzie, których jeszcze
znam, żeby się pożegnać
jak człowiek. Chcę zrobić
sobie inny dom. Mam już

gwoździe. Dość tych nerwów,
kłucia przy pochylonej
szopie, dość firan żółtych
od dymu, dosyć ciebie.” [3]

Dosyć. Dosyć nachalnych przerzutni połączonych z gadulstwem, z których niewiele prócz samego gadania wynika. Ani to świeże, ani skrajnie poruszające. Szkoda. Cóż, prawdę mówiąc, późniejsze wiersze również nie przemawiają szczególnie sugestywnie. Dośc ograne rekwizytorium: wódka, śmierć, koledzy, wiatr, noc... etc. Lekko klasycyzmująca forma. Mnie to raczej znudziło niż zafrapowało. 
Kolejne utrzymane w stałym rytmie i klimacie teksty, choć bardzo czujne (momentami nawet czułe) nieszczególnie zatrzymują uwagę czytelnika. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby Wyszyński mówił tylko do siebie. Momentami niebezpiecznie przechyla się poza granicę marudzenia w poezji, ale i to można wytłumaczyć wspomnianą wcześniej konwencją chłopięcej dykcji:

„[...]
Byłem nad morzem, nie widziałem
morza, bo ciągle musiałem
spoglądać na ciebie.
[...] Nie wiem,
czy wierzyć w Boga, czy być dorosłym,

bo moi rodzice bardziej kochają
Chrystusa ode mnie.
[...]

Chcę tak bardzo kochać
zmarłych, żeby o nich
zapomnieć, chciałbym, żeby
tak bardzo ich brakowało” [4]


Uniwersalne toposy egzystencjalne zamknięte w sprawnych, niekiedy bardzo zmyślnych formach. Choć nie zawsze frapujące – autor osiągnął jednak swego rodzaju sukces, bo nie można mu odmówić pewnej dozy rozpoznawalności stylu, a to – zwłaszcza w przypadku pierwszych książek – bardzo dużo. Nie ujęłabym Skaleczenia chłopca w dyskusji o najważniejszych książkach roku (co to właściwie znaczy – najważniejsza?), ale dalszą twórczość młodego warszawianina (jeśli takowa pojawi się w księgarniach) będę jednak śledzić. Choćby przez ciekawość i upraszanie się owego wpierdolu, o którym wspominał Góra, a na który Wyszyńskiego prawdopodobnie stać. Debiut niczego jeszcze nie przesądza. Czekam zatem na kolejne książki. Może nie z utęsknieniem i niecierpliwością, ale czekam. 


[2]M. Olszewski, Głos po mutacji [w:], Arterie 14, Łódź 2012 r., str. 156
[3]F.Wyszyński, Chłód przy brzegu rzeki, [w:] Skaleczenie chłopca, Biuro Literackie, Wrocław 2012, str. 5
[4]Gdzie żyłem albo jak, Tamże, str. 46

piątek, 8 czerwca 2012

O książce, która zrobiła mi krzywdę

To będzie prawdopodobnie najbardziej subiektywna recenzja, jaką udało mi się kiedykolwiek napisać.
Obiektywnie musiałabym stwierdzić, że debiut Jakuba Kulczyka znalazł swoje miejsce na modnej w ostatnich latach ścieżce. Styl podobny do Tomasza Piątka, Piotra Czerwińskiego, a nawet... Mirosława Nahacza,  Kornela Maliszewskiego (należy przyznać sprawiedliwie, że  ostatni tworzyli już po wydaniu „Zrób mi jakąś krzywdę”  w 2006 roku). Podobny, jednak lepszy.  Wypadałoby nadmienić, że cała powieść  to nacechowany popularnymi, postmodernistycznymi motywami romans.  Na pierwszy rzut oka. Sedno nie tkwi w ogólnej, skostniałej regułce, nazwie konkretnego gatunku. Przede wszystkim jest to zjawiskowa zabawa konwencją. Podobną grę,  w tym wypadku z kryminałem,  podjął  Michał Witkowski w najnowszej powieści „Drwal”.

Niestety pięć ostatnich stron debiutu Żulczyka rozczarowuje przewidywalnością. Mam jednak szczerą ochotę krzyknąć: do diabła z puentą! To książka z pazurem. Z mocą, której  brakuje wielu doświadczonym pisarzom.  Żywy, brawurowy, a jednak  nieprzekombinowany język dosłownie wciąga czytelnika w swoje sidła. W wypowiedziach pierwszoosobowego narratora aż roi się od błyskotliwych porównań, metafor i dygresji. Sądzę, że nie przesadzę ani o jotę, twierdząc, że każda strona dostarcza czytelniczej przyjemności nastoletnim czytelnikom, bo przecież to właśnie do nich jest ta historia kierowana.  Autor świetnie poradził sobie z uchwyceniem i wyeksponowaniem wielu uroków współczesnej polszczyzny, a efekt jest... co najmniej wiarygodny. Chyba tylko językowi puryści dostrzegliby drobne (!) zgrzyty.  Bohaterowie są młodzi, ekspresyjni , zatem nie zawsze udaje im się ułożyć komunikat z samych okrągłych słówek – na karty powieści wdarło się kilkanaście wulgaryzmów, które jednak  – przysięgam! – niczego nie psują. A wręcz przeciwnie. Umiejętnie użyte przez autora, dodają dynamiki i kolorytu. 

Tyle  ogólnych informacji. Obowiązek spełniony. Muszę uczciwie przyznać, że „Zrób mi jakąś” krzywdę jest, przynajmniej dla mnie, jedną z tych pozycji, o których myśli się, że techniczne zawiłości nie mają znaczenia. I to jest cały paradoks, bo przecież cała emocjonalność książki wypływa właśnie z techniki. Z formy autora i stylu, jaki obrał. Akcja sama w sobie jest może nośna, ale nie na tyle, by trzymać czytelnika jak na karuzeli, kiedy na jego twarzy malują się skrajne emocje, a jednak z niecierpliwością czeka kolejnego okrążenia. 

Podczas lektury nawet przez moment nie zadawałam sobie pytań w stylu: „a dlaczego tak?”,  „czemu nie ujął tego inaczej”. Ostatnio coraz częściej zdarzają mi się podobne dylematy, co, delikatnie mówiąc, jest strasznie frustrujące. Natomiast historia wykreowana przez Żulczyka po prostu wciąga. 

Właśnie, wykreowana. Sama w sobie jest, co tu dużo mówić, niezbyt wiarygodna. Chłopak na ostatnim roku studiów prawie że od pierwszego wejrzenia zakochuje się w dziesięć lat młodszej siostrze kolegi, która z kolei najbardziej na świecie uwielbia... gry komputerowe.  Dziewczyna wyjeżdża, a ten robi wszystko, by ją odnaleźć i zabrać na wycieczkę. Można by powiedzieć: kolejny przedstawiciel new romantic, męczennik za miłość w XXI w. Jednak, jak już wspomniałam, to, o czym jest opowieść, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Naprawdę niewiele znajdziemy na rynku książek, o których można powiedzieć, że równie dobrze mogłyby być o czymkolwiek innym i wciąż byłyby świetne. Fabuła jest tylko sprytnym wykończeniem. Uwydatnieniem inteligentnej emocjonalności, spostrzegawczości i niebanalnej ironii. 

Książka, choć kierowana do młodych odbiorców, może jednak nieco nużyć rozczaruje nieco starszych czytelników, własnie przez swoje podobieństwo do innych, licznych tytułów. Opowiada o szaleństwie, lękach, ale przede wszystkim jest świadectwem pasji, ale  przy tym wszystkim brak jej nieco osobności, co jest dla mnie jednym z poważniejszych zarzutów. 

Co tu dużo mówić, kupił mnie pan tą książką, panie Żulczyk. Mimo wszystko: dobra robota. 


Zrób mi jakąś krzywdę, Jakub Żulczyk, 
Lampa i Iskra Boża, Kraków 2006

Starsze teksty