sobota, 30 listopada 2013

Poezja błyskotliwa czy błyskawiczna?


Tytułowe zestawienie – jak każdy przypadek odgórnych podziałów na dwa – jest tyleż nęcący, co niebezpieczny. Wynika jednak z pewnych skojarzeń narzucających się podczas lektury debiutu krakowskiego poety Szymona Słomczyńskiego Nadjeżdża [Biuro Literackie, 2013]. W moim jednak odczuciu ani to zestawienie, ani w końcu (jeśli uda się do niego doprowadzić) wybór tylko jednej tezy nie okazuje się wartościujący: nie chcę traktować tego jako binarne opozycjonowanie, ale przyjrzeć się wierszom z bliska. Sprawdzić, czego dokonują nie tylko na czytelniku, ale przede wszystkim na sobie wzajemnie. Warto byłoby skupić się bowiem wokół wspólnego źródłosłowu przeciwstawności, którą niejako mimo wszystko narzucam.

Błysk. Flesz aparatu. Męczący, nawet irytujący, bolesny, ale szybko znika. Ale i błysk fajerwerków. Zachwyca, przyciąga spojrzenie. Ale i błysk intelektu. Myśl, nagłe rozwiązanie problemu. Wreszcie błysk  światła latarni morskiej.

Wiersze zawarte w tej książce wywołują – podobnie jak samo słowo „błysk” sprzeczne myśli i skojarzenia. Czemu zatem nie uprościć i nie nazwać ich krótko poezją błysku? 

Joanna Mueller w szkicu na stronie Biura Literackiego odmawia autorowi namacalnej autentyczności1, czy osobistego zaangażowania. A i owszem, podmiot (używam tego słowa ze świadomością dużego uproszczenia) ukazuje się w zbiorowości: bohaterowie się zmieniają – podobnie jak głosy oraz – idąc za cytatem – tonacje: Zmieniam tonację – z oschłej na soczystą [z wiersza: „Katalog”, str. 6]. Podobnych wstawek – pozornie dotyczących pisania, a jednak mocno zakorzenionych w próbie opowiedzenia się po którejś stronie, odniesienia się do atakującego świata, mamy jeszcze sporo.  Wszak już w pierwszym wierszu uderza niby-odsłonięcie, które ma być przecież swoistą maską: ukrywam się dość zręcznie, ale wciąż tu jeszcze/jestem [z wiersza: „Nadjeżdża”, str. 5].

Co zatem z zaangażowaniem? Łatwo byłoby skategoryzować, skatalogować: podmiot albo błyskawicznie kłamie i to tylko ładnie brzmiące frazy, albo z kolei błyskotliwie wyraża siebie. Czy raczej: wyraża się sobą. Samym sobą, całym sobą, bo jednak – mimo a może właśnie poprzez zmianę ról, języków i postaw – dostrzegamy wreszcie pewne sieci łączące wcale nie tak znowu przypadkowych bohaterów. Co widać od razu, spora część wierszy Szymona mówi głosami kobiet – bardzo różnych: dam lekkich obyczajów przy autostradzie, koleżanki-filozofki... można by wymieniać. Interesujący zabieg formalny, choć wykorzystywany już niejednokrotnie, z pewnością dodaje świeżości, momentami bywa jednak niewiarygodny. Manifestacja kobiecego „ja”, jego demonstracyjny charakter wiądą niekiedy w stronę co najmniej powątpiewania. Demonstracja, wręcz zderzenie poglądów czy sposobu myślenia bohaterek jest chyba najmniej przekonującą częścią całości. Odbicie w tę stronę działa, mam wrażenie, niezupełnie tak, jak powinno. Paradoksalnie tracą na sile poprzez intensywność, z jaką próbują dojść do głosu, ściągnąć na siebie uwagę czytającego.

Jakkolwiek odbierzemy powyższe: udowadniają jednak praktycznie na każdym kroku pewną afektywność wypowiedzi, co jednak zaprzecza możliwości pójścia tropem wskazanym przez przywołaną wcześniej Joannę Mueller. Zaangażowanie jawi się jako skrzętnie ukryte. Pytanie brzmi zatem: czy nie nazbyt usilnie?
Mamy także subiektywnne komentarze do faktów medialnych czy opowieści, można by rzec, publicystyczne. W tym wszystkim jest jednak spora dawka tych najbliższych, najsilniejszych emocji – ciekawie wygląda tu prawie że mantrowana potrzeba dziecka. Perspektywa posiadania (czy bardziej wyczekiwania) potomka pojawia się co najmniej kilkakrotnie [„Nadjeżdża”, „DNA”, „O ważnych sprawach rozmawiamy zazwyczaj w ogrodzie”]. W zderzeniu z miejsami ostentacyjnym maczyzmem, kierowaniem oka kamery na sprawy zakorzenione w świadomości jako tendencyjnie i typowo męskie spojrzenie: mniej lub bardziej przygodny seks czy szybkie samochody ukazuje nam to dość szeroki wachlarz tak znaczeń, jak i  (a może przede wszystkim) zainteresowań bohatera. Opowiadana historia wydaje się spójna, a momentami nader intrygująca.

Zatem wyraźnie błyskotliwość? Wszystko powyższe zostało podane w diablo skutecznej, klasycznej formie. Jedenasto- i trzynastozgłoskowce. Nienachalne rymy. Słowem: rygor języka. Czytelnik Nadjeżdża płynnnie lawiruje, pokonuje kolejne zakręty wersyfikacyjne czy brzmieniowe i czuje prawdziwy komform jazdy. Czuje go na tyle intensywnie, że pojawia się obawa, iż całkowicie się w nim zatraci. Zapomni, po co i skąd jedzie. To z kolei prowadzi do kolejnego niebezpieczeństwa: samo brzmienie zacznie wystarczać. Dobrze ułożone, chciałoby się dodać: wycyzelowane frazy sprowadzą nas wreszcie na manowce chwilowości, błyskawiczności. Działają natychmiast, ale krótko. Chce się czytać kolejny, zapominając o poprzednim. Czy wiersze dwudziestopięciolatka  same siebie deprecjonują? Momentami niestety mam takie wrażenie: jeszcze raz jednak powtórzę – jest to całkowicie pozbawione wartościowania – bo może właśnie o to chodzi? Może to gra z czytelnikiem, może to, co ma pozostać, to język, który uwodzi. Idąc łatwym tropem, wyśledzimy konotacje z twórczością Andrzeja Sosnowskiego czy Macieja Meleckiego. Jednak ani autor „Poems” ani dyrektor Instytutu Mikołowskiego nie mieliby raczej za wiele do powiedzenia w tym temacie. Tomik autora wyróżnionego w edycji Połowu z roku 2012 r. porusza zupełnie inne struny, nawet jeśli podparte na podobnych fundamentach.

Podczas lektury nurtowało mnie jednak coś całkiem innego. Zastanawiałam się, czy tym wierszom jest w ogóle potrzebny jakikolwiek podmiot: zbiorowy czy jednostkowy. Czy to, jak mówią te osoby, nie zamyka, nie przyćmiewa tego, co mówią. Czy wiersze nie mówią więcej o sobie niż o swoich bohaterach i wreszcie: co się przez to z nimi dzieje.

Cechą tekstów Słomczyńskiego jest jeszcze jedna dwubiegunowość: uciekając od dosłowności, uzewnętrzeniania egotyzmu czy kronikarskiego opisu wciąż pozostają zrozumiałe, a odniesienia literackie (których takoż niemało) nie okazują się jedynym sensem, ale dodatkowym odnośnikiem, odrębnym punktem zaczepienia. I dobrze! Kontra błyskotliwości z błyskawicznością, ulotnością wciąż trwa: czy brak utrudnień oznacza ułatwienia? Jeśli tak, Szymon ułatwia czytelnikowi zadanie. Pośród odniesień do rzeczywistości, kultury (vide: ekfrazy czy dialog z dykcjami poezji współczesnej) całego swoistego metajęzyka, wreszcie pośród kalejdoskopu głosów, ról i masek, znalazł się wiersz na podbudowie znanych radiowych szlagierów [„Jak przygoda, to tylko”]. W tym miejscu nachodzi na całość kolejna warstwa: czy poprzez swoją przystępność, całość nie sprawia jednak wrażenia szybko, momentalnie napisanej? Łatwej mimo wszelkich wiraży i zwodów? Czy przypadkiem zamknięcie się w formie wiersza regularnego nie ułatwia sprawy? To jednak poziom autora. Układ oraz ogólna forma wierszy sprawia wrażenie idealnie dopracowanego produktu. Dostajemy do rąk zbiór podejrzanie dopracowany, w którym nie ma miejsca na potknięcia i puste miejsca. Gdzie jest miejsce dla odbiorcę?
Odbiorca (jeden, przecież mogę mówić tylko za siebie) powie: dobrze, było ciekawie, momentami smutno i refleksyjnie, innym razem zabawnie lub ekstytująco. Istne flesze. Ale co dalej? W przypadku debiutantów „dalej” oznacza zwykle drugą książkę. Chciałabym jednak skierować to pytanie w inną stronę: co dalej zrobię z książką, z tymi czterdziestoma wierszami? Pytanie czy okazały się bardziej błyskotliwe, czy jednak błyskawiczne pozostaje bez odpowiedzi. Truizmem byłoby przecież mówić, że to indywidualna sprawa. Jak zatem znaleźć, jeśli istnieje, jakikolwiek klucz, wytrych i czy warto go szukać? Abstrahując od przewijających się ciągle antynomij, odrzucając sprawy, które te wiersze (w moim odbiorze) wywołują na własnej tkance, wróćmy wreszcie do czytelnika. Zastanawiam się bowiem, do kogo jest kierowana poezja, która nie jest ani przesadnie buntownicza, zachłanna, radykalna... jeśli sama się nie klasyfikuje, jak może ją przyporządkować odbiorca? I tu oczywiście należałoby odparować atak: po co porządkować, szufladkować? Wypada zatem uprościć pytanie: na jakie rejestry – poza językiem – ta dykcja naciska? Wszystkie powyższe przykłady prowadzą przecież do jednego wniosku: jest ona przy całym swoim klasycyzmie na wskroś współczesna.  Tu znowu nasuwają się porównania: z impetem wierszy autora Rewersu – T. Pułki, językowym drganiem  przt jednoczesnym pozoostaniu po stronie rzeczystości Jerzego Jarnewicza. Tyleż samo jednak łączy powyższych z Nadjeżdża, co dzieli. To poezja, która sama się wyczerpuje już w pierwszym tomie, choć z drugiej strony można by tak przecież bez końca.

1.       Mueller R. Liryzm lawirujący, URL: http://portliteracki.pl/przystan/teksty/liryzm-lawirujacy/

Nadjeżdża, Szymon Słomczyński
Biuro Literackie, Wrocław 2013

Str. 59

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Starsze teksty